O złotych łańcuchach pod choinkę, kolorach przewodnich i o tym, kto nie pije szampana.

"Nie wprowadzajcie się z rzeczami 
między wieczorem, a wieczorem,
jeśli te proste słowa o kochaniu
nie przyjdą na myśl w samą porę".
Agnieszka Osiecka, "Ach nie mnie jednej"

W podpisie cytatu powinnam dodać – w interpretacji zespołu
The Dumplings. W tej bowiem, muzycznej formie ten cudny tekst, jakiś czas temu, do mnie powrócił.
Fanką Osieckiej, jak wiecie, jestem nie-od-dziś, ale ta konkretna aranżacja
odkryła mi ją na nowo i zapętliła się w moich odtwarzaczach wszelakich, jak niektórzy politycy zapętlają się w zeznaniach przed komisjami śledczymi.
Tak w ogóle to The Dumplings też ubóstwiam od dawna,  a teraz do całej tej sympatii mogę dodać wielki haj-fajw za sprawienie, że w trakcie słuchania tegoż utworu w ich wykonaniu, poczułam się, jakbym poszła z Panią Agnieszką na kawę i ciastko i wysłuchała co też nie-jej-jednej się przytrafiło. Oczywiście w mej wyobraźni nie było to jakieś hipsterskie pumpkin spice latte w zatłoczonym Starbuniu (od tej scenerii są inne okazje), tylko elegancka kawusia w miejscu, gdzie do ciasteczka dają srebrny widelczyk.
Ach nie mnie jednej” pobrzmiewało w tle, gdy odpalałam na blogu przycisk “nowy wpis”, więc uznałam, że szukanie cytatu na wstęp mam z tak zwanej grzywki, bo mądre słowa już mam. #tyle wygrać #czastakicenny
A tak w ogóle to czy wiecie, że…podobno dziecko, jeszcze przed narodzeniem, chłonie muzykę razem z mamą. Tak samo, jak przejmuje część matczynych nawyków żywieniowych.
Jeśli to prawda, to moja pociecha będzie słuchać z zamiłowaniem polskich wykonawców młodego pokolenia, takich, co to śpiewają, że “fal nie ma, nie ma fal”,  na przemian z brytyjskim rockowym graniem, a przy tym całym słuchaniu zajadać będzie pączka z różą na przemian ze szczypiorkiem, makaronem w każdej postaci i mandarynkami. Keine grenzen (w jedzeniu
i muzyce), jak zaśpiewałby niegdyś pewien zespół. Wszak ograniczać się niezdrowo jest.
A skoro już przeszliśmy tak płynnie i bezszwowo od muzyki do tematyki dziecięcej i stanu błogosławionego… (#wtrącenie medyczne: wg jednego
z lekarzy, których spotkałam ostatnio na swej drodze, ciążę nazywa się stanem błogosławionym, bo w pewnych sytuacjach nie pozostaje nic innego niż tylko się modlić, ot choćby, gdy na grypę nie mogą przepisać antybiotyku #koniec wtrącenia medycznego)… to muszę Wam powiedzieć,
że biznes około-dziecięcy to jest istne szaleństwo. Można by o tym księgę grubą napisać, ale ja to podsumuję jednym zdaniem. Złożonym.
W pojedynczym się nie zmieszczę.
Ekhm, ekhm, a więc wszem i wobec ogłaszam, iż wyrażam niezwykły szacunek dla naszych mam, babć i dalszych pokoleń wstecz, za to, iż dały radę wychować nas na ludzi bez posiadania tego, aktualnie dostępnego, tryliarda samych must-have -gadżet-modnych-rzeczy ze sklepu typu
“Świat Kevina” i tym podobnych smyków.
Bajdełej: obstawiam, że Kevin niedługo będzie już #zbytpolskiznazwy
i zastąpią go w nazwach sklepów itp. nowe imiona, które, jak ostatnio wyczytałam,  wjechały do polskich urzędów stanu cywilnego, takie jak Rayan czy Elizabet #pisowniadokładnietakajaknapisałam.
Żeby nie było – chwalę sobie bardzo pewne udogodnienia, które życie młodym rodzicom umilają i ułatwiają, ale już bitwy na metkę przy wózku
i lansu od kołyski nie rozumiem…
Tak, jak nie ogarniam rozumem pewnego Pana, który stwierdził, że jego 2-miesięczny syn nie będzie “jaki jakiś mięczak” nosił śpioszków, tylko od razu ma jak twardziel być ubierany w dres, a jak będzie chłodniej to na górę bezrękawnik (#apodchoinkępewniezłotyłańcuch).
Lub tak, jak nie pojmuję porad Pani, która przez telefon na stacji kolejowej Nowy Dwór tłumaczy na cały regulator komuś po drugiej stronie słuchawki, że wszystkie części Kac Vegas trzeba obejrzeć w całości, mimo, iż wg niej są beznadziejne, bo… na końcu są śmieszne zdjęcia. Dokładny cytat: “no wiesz, przemęczysz się przy każdym 2 godziny, ale zdjęcia będą kozackie”. Chciałam jej podpowiedzieć, że obecnie technika pozwala na przyspieszenie filmu lub dotarcie do wybranej sceny jednym kliknięciem, ale co ja się będę wtrącać do cudzych rad. Jeszcze oberwę i to ja nie będę pamiętać kilku godzin
z życia, niczym we wspomnianej serii.
Mam nadzieję, że w całym tym bobo-wyborze nie dam się zwariować
i znaleźć umieć będę złoty środek.
Tak jak i w tematyce organizacji wesela. #kolejnymarketingowycyrk.
No bo wiecie, patrząc na obecne trendy, to decydując się na organizowanie przyjęcia bez łeding planerów i konsultantek ślubnych, narażamy się niechybnie na możliwość porażki. No bo co to będzie, jak wybierzemy kolor przewodni nie wpisujący się w aktualne modowe trendy? Albo jak czcionka
w zaproszeniach będzie nie na czasie? #tyleprzegrać?
Niemniej jednak zaryzykujemy (na pohybel weselnym specjalistom, którzy nie wiedzieć skąd wykopują informacje, że mogliby się właśnie przydać
i zaczynają Cię obserwować na Insta #sępy).
Wszak kto nie ryzykuje (i kto w ciąży) ten nie pije szampana!
A tak w ogóle to, oprócz picia szampana i innych napojów wyskokowych, (spędziłam wakacje we Włoszech bez możliwości picia białego wina = wiem co to poświęcenie), mój aktualny stan niesie sporo innych ograniczeń.
Ot choćby czasowych. Zaproszenia na różne eventy na fejuniu poddane są wielokrotnemu filtrowaniu na różnych poziomach. I część trzeba odrzucić. A szkoda, bo aktualnie mamy wysyp ciekawych i pomysłowych form spędzania czasu: kurs tarcia chrzanu, kurs spadania na szczaw, kurs pokazywania gdzie raki zimują, czy też “co ja robiłem(am) w piątek wieczorem?- warsztaty pamięciowe” i impreza pod hasłem: “wjadę na parkiet jak dzik w ziemniaki”.
Zamiast tego mam kurs pakowania torby do szpitala i warsztaty “jak wiązać koniec z końcem, gdy pół wypłaty wydajesz na USG ileś tam -d?”.
Ale da się to w sumie przeżyć, nawet bez żalu. Bo cel przyświeca tym wszystkim ograniczeniom i zmianom nie-byle-jaki.
A że w hałdzie ograniczeń stanu błogosławionego nie ma nic o ciastkach
i cytrusach, to twierdzić śmiem, że może być całkiem znośnie…

p.s.1
W ubiegłym roku, wciąż na fali niesłabnącej popularności bajki Frozen,
w Polsce zarejestrowano 4 dziewczynki o imieniu Elza. Niestety nie sprawdziłam, czy przybyło również Olafów względem przeszłości.

p.s. 2
Apel: jedzcie cytrusy i wychodźcie na spacery. Dopóki pogoda dopisuje i,
jak mawia 3-letni syn mojego znajomego, “nie ma pada deszczu” (#prognoza pogody dla kumatych).

p.s. 3
W temacie cytatu otwierającego – stosujcie się.

p.s. 4
Blogerzy prześcigali się w tym roku w opisach oryginalnych kostiumów na Halloween party. Moi faworyci to przebrania za: niewyraźny test ciążowy, stan konta pod koniec miesiąca, pilne wezwanie do wenerologa (wszystkie
3 propozycje od Volantification) i przeistoczenie się w pustą półkę
w luksusowym sklepie, jeśli bawisz się w grupie modnych warszawiaków (pomysł od Make life harder).
Ja natomiast myślę, że nic nie przeraziłoby młodego pokolenia bardziej
niż przebranie się za “brak Internetu”.
Wjazd na imprezę w takim wdzianku i, jak mawia młodzież, byłoby #pogaszone.

Xd

H.