O złocie bez próby, odważnych małych misiach i o tym jak nie nosić siat…

Drogi Andrew z portalu randkowego,
jak opisać siebie w tysiącu słowach?
Jestem jedną z tych dziewczyn,
którym zawsze zimno
sypiam w swetrach w lipcu,
pod kocem się chowam.

Jestem jedną z tych osób, co prawdopodobnie
wybiorą rozwiązanie najbardziej wygodne,
choć w przyzwyczajeniu do pewnego komfortu
odzywają się czasem jakieś żądze pierwotne.

Julia Marcell, Andrew

Generalnie w życiu nie lubię się powtarzać. Jak Michelle z ruchu oporu w serialu “Allo, allo”. Wyjątkiem jest jednak blog, gdzie po raz kolejny wpis muszę zacząć od dobrze znanego tu stwierdzenia: znowu chwilę mnie tu nie było.
Ale jak ten bumerang, czasem wypuszczony w dłuższą powietrzną trasę, powracam.

Julia Marcell i fragment utworu “Andrew” to idealne wprowadzenie do jednego z akapitów dzisiejszych Hawranowych wynurzeń słownych. Nawiązuje bowiem perfekcyjnie do kilku tygodni “spędzonych” przeze mnie w społeczności…aplikacji randkowej.
Generalnie jako człowiek typu analogowego, z wydrukowanymi
u Agaty z “dopiletero” wizytówkami w starym stylu, miałam fizyczny wręcz odruch “odrzucenia” przed założeniem konta
w apce. Zbieg różnych okoliczności i motywacyjny kopniak, od uprawnionej do tego osoby, sprawiły jednak, że…poszło. I się założyło wzięło.
Zacznę od tego, że Jiliian Turecki (zacna Pani Kołcz z JUESEJ) miała rację: pobyt w portalu randkowym to kejs porównywalny do chomika, który popitala w wiecznie kręcacym się kółeczku. Kółeczku rozczarowań niestety.
Raczej nie doczekam się współpracy reklamowej z aplikacjami tego typu, więc nie muszę się krygować.
W zasadzie to nawet nie jest wina portali per se, tylko niestety użytkowników jakich się do nich dopuszcza.
Zanim przejdę do kategoryzacji moich ulubionych typów juZERÓW, należy dodać, iż wybrałam do eksperymentu aplikację, gdzie po uzyskaniu tak zwanego macza (dwie osoby polubią nawzajem swoje profile) to kobieta musi napisać pierwszą wiadomość. Podobało mi się minimalizowanie ryzyka otrzymywania niekontrolowanych wiadomości, w których to będę wstydzić się za nadawcę.
Także sama, po wnikliwym sprawdzeniu “bio”, opisu zainteresowań i tym podobnych decydowałam komu poświęcić trochę energii.
Ale w kategoryzacji poniżej znajdziecie również te przypadki, do których nie miałam odwagi napisać, bo do eliminacji ich z krajobrazu wystarczyło mi deskrypszyn “about” lub zdjęcie.

Ale ale, do brzegu/esencji/sedna.
Wypunktujmy kogo Hawran spotkał na swej wirtualnej drodze:

  1. Duch, nie Kacper.
    Zdecydowanie najczęściej występujący typ usera. W największym skrócie jego taktyka (nie na podryw… w sumie to nie wiem na co) to zniknięcie. Nie mówię tu o ziomkach, którzy nie odpisują na pierwszą wiadomość. Mówię o takich, z którymi prowadzisz konwersację na, wydawałoby się, przyzwoitym poziomie, po czym nagle: cisza. Królem był tutaj Andrzej (Andrew!), który pisał jak to boi się porzucenia/odrzucenia/ zostawienia po środku konwersacji, po czym użył techniki na… pogrzeb bliskiej osoby i już nie powrócił. #RIP
  2. Talking stager/ stranger .
    Talking stage to taki czas przed randką, kiedy starasz się ogarnąć w swojej głowie, czy warto dla drugiej osoby wystawić stopę za drzwi mieszkania. Próba przeanalizowania czy jest potencjał.
    I to jest wszystko zrozumiałe. Jednakowoż część przypadków przeciąga ten etap niczym Martin Scorsese niektóre swoje filmy… #żebyniebyłoMartinabardzocenię
    A niektórzy jeszcze idą w multitasking i łapio kilka srok za ogon, prowadząc wiele konwersacji naraz #testwielokrotnegowyboru #tymprzypadkomdziękujemy
  3. Odważny mały miś.
    Była kiedyś taka książka…
    Odważny miś w aplikacji jest przypadkiem z drugiego końca osi niźli talking stager z punktu drugiego.
    Misiowi nie zależy na tym, żeby odpowiedzieć na Twoją ładną i kulturalną wiadomość. BA! Nie zależy mu nawet na tym, by przywitać Cię jakimś “lamerskim” według niego: “Cześć”. Czy uwłaczającym “Dzień dobry”.
    On w pierwszym zdaniu pisze (fakt z życia Hawranowego): jutro przeprowadzam się do Wrocławia. W drugim zdaniu zaś: podobają mi się Twoje…policzki. W trzecim zaś pojawia się coś czego nie będę tu cytować.
    Propozycja prawie niemoralna. On wystawiłby stopę za drzwi mieszkania zanim zdążyłabym się objerzeć…
    Próbowałam pomiędzy te 3 zdania wcisnąć nieco kultury, ale nadaremno.
    Żądze pierwotne (patrz cytat Julii) u odważnego misia rządziły na pełnej.
    Usunęłam konwersację i zostałam z do niczego nie potrzebną mi wiedzą, że człowiek z fetyszem policzków będzie grasował po Wrocławiu. #girlsbeaware
  4. Typ: bądź moją…kozetką.
    Dobrze widzicie. Nie kobietką. Kozetką.
    Tu również mam przykład autentyczny. #nafaktach
    Niby powinnam się spodziewać od pierwszych zdań, że to nie jest przypadek do dalszego rozważenia dla mnie (musiałam przemóc wewnętrznego purystę językowego jak zobaczyłam błędy ortograficzne w jego intro wiadomości #każdymaswojefiksacje #umniemaszwiedziećżesłowopókipiszesięprzezózamknięte), ale zdecydowałam się dać tej konwersacji szansę i już po kilku minutach wiedziałam przez jakie rzeczy ów Pan kozetka przechodził w swoim poprzednim związku, do której godziny spała jego była żona, ile musiał zarabiać żeby spełnić jej odzieżowe zachcianki (wyczuwam, że szła w żadory i jedwabie) i jak wyglądało ich pożycie…
    Ponieważ nie jestem z zawodu psychologiem ani seksuologiem stwierdziłam: to jest czas na to by powiedzieć pas….#rymwdym
  5. Pan: “zażenuję Cię pseudo-zabawnym opisem siebie”.
    To są przypadki, gdzie do żadnej konwersacji nie doszło. Zaznaczam. Niemniej jednak, niczym suchary z Familiady, niektóre opisy zostają w głowie, jak szampan z rana Heleny Kołodziey.
    W szufladzie: nie wiesz po jaką cholerę to pamiętasz, ale pamiętasz…
    Tu mogłabym wymieniać i wymieniać, ale zostawianie tego na piśmie jeszcze bardziej przedłuży żywotność tych sucharów.
    Przykładem niech będą Panowie, którzy uzupełniają zdanie brzmiące: Najkrótsza droga do mojego serca to:…. dziura w klatce piersiowej #sztrasburgerlubito
    Czasem można spotkać łączony typ odważnego małego misia z żenującym opisem siebie i wtedy powstaje zdanie (przypadek autentyczny znów): Najkrótsza droga do mojego serca to …lodzik.
    #mnieosobiściezmroziło
  6. Typ “przesadnie familijny”.
    W dużym skrócie na apce wrzuca zdjęcia ze swoimi dziećmi.
    #nocomment
  7. User z tajemnicą.
    Po pierwsze nie podaje imienia. Przedstawia się jako Ciastek.
    A zaraz później opisuje w bijo, że w zasadzie to jest żonaty, ale przecież żona nie musi o wszystkim wiedzieć. A zdanie: “Dogadamy się jeśli”… uzupełnia o …. “lubisz tajemnice … “
  8. Typy matematyczne.
    Poszukują partnerek do trójkąta.
  9. Szwarceneger konkretu.
    “Szukam tylko młodszej laski. Ze starszymi mogę się jedynie przyjaźnić. Aaa i nie płacę za randki. Miej tego świadomość” (#dokładnyopispewnegopana)
    lub
    “obejrzałem diunę. obie części” , jako odpowiedź na piękną i długą wiadomość, w której niewielki element haczył o kino.

To tak z grubsza przypadki, które powielają się w tym świecie.
Przynajmniej w wersji, której ja doświadczyłam

Niemniej jednak, uważam, że w swoim krótkim acz intensywnym doświadczeniu socjo-apkowym, miałam sporo szczęścia.
Trafiłam tam bowiem na prawdziwe złoto. Ale nie takie próby 750 lub 585.
Na coś dużo cenniejszego: złoto człowieka.
Gdyby chcieć go opisać w największym skrócie to powiedziałabym, że jest to zaprzeczenie przypadków z punktów powyżej.
Po pierwsze, miał prawdziwie zabawny opis. Mało tego, miał opis, który niezwykle pomagał przełamać się dziewczynie z pierwszą wiadomością.
Komunikacja od startu szczera, bez barier, inteligentna (mam słabość do ludzi, którzy wiedzą jak użyć słowa “epistolarny”), spotkanie ustawione konkretnie, nikt nikogo nie wystawił. Rozmowa możliwa na każdy, nawet niewygodny temat. I masa doskonałej muzyki jako soundtrack w tle.
Dodatkowo, chyba nikt nigdy w pierwszej wiadomości do mnie nie użył symboliki religijnej. Pierwsze zdanie brzmiało bowiem: “Chryste Panie, ale mi teraz zaimponowałaś”. #siłyboskieikomplementdlaego #czymożnalepiej
Miłośnikom romantycznych komedii niestety może być teraz trochę smutno, bo nie przerodziło się to w relację z gatunku romantisz.
Ja zaś (choć nie powiem, cheesy rom-com jest moim guilty pleasure) jestem niezwykle szczęśliwa, bo dzięki apce znalazłam człowieka, którego pewnie nie miałabym szans poznać w realu,
a który ma szansę stać się moim przyjacielem na życie. Zostawiam to na kartach bloga, także (you know who you are): nie spierdol tego 🙂

Tyle o apkach.
Myślę, że to jednorazowe poświęcenie im przestrzeni tutaj.

Żeby trochę odetchnąć, wróćmy do dobrze nam znanego z kart tego bloga, świata szoł-bizu i świata bez bizu i szoł czyli podsumowania (w kolejnych punktach) co tam się działo w ostatnich miesiącach. A konkretnie co zapadło mi w pamięć, bo na przykład wywaliło mi skalę krindżometru…

  1. Pamiętacie z ostatniego wpisu mego wzmiankę i ostrzeżenie przed warsztatami w Oddechowie, gdzie można było poddać się oczyszczeniu w duchu szamanik brefłork, spalić ciuchy i siebie ze wstydu za “jedyne” 1699 zł. No to trzymajcie się poręczy foteli!
    Pani, która organizowała ten kurs poszła później w warsztaty dla par (jak dobrze liczę to przynajmniej 3398 zł od zgłoszenia). Można było odnaleźć ze swoim jing idealne jang, angażowana była w to joni i oczywiście pe-el-eny.
    Ale jak to bywa z okładką Vivy ( casus: pokaż się z partnerem na okładce i opowiadajcie o tym jacy jesteście szczęsliwi a za chwilę banieczka miłości pier…dyknie) także i tu okazało się, że po warsztatach “wzorcowy” związek Pani organizatorki legł w gruzach.
    Czy zatem uczestnicy kursów mogą domagać się teraz zwrotu kosztów? Jak przyjdzie im teraz żyć? Jak organizatorka kursu się podniesie po druzgocącym rozstaniu? Tak wiele pytań, tak niewiele potrzebnych mi tu odpowiedzi.
    Potwierdzam tylko morał z ostatniego wpisu: można znaleźć tysiąc pięćset lepszych sposobów na wydanie takiej kasy. Ja dla przykładu za chwilę muszę OC zapłacić za samochód. I asistansa, jakby laweta była potrzebna. To jakoś wyjdzie podobna kwota, a przynajmniej przejadę się autem a nie przejadę się na poradach z szemranego seminarium.
    Pamietam bowiem lekko przeinaczone przez mojego tatę hasło: “pamiętaj, żebyś się nie wykitowała” .. (wykitować=dać nabrać)
  2. Ostatnio nawiązywałam do Pani od fo-pa, która wskazywała nam etyczną drogę prawidłowego spożywania bananów. Ale zanim je zjemy trzeba je przytachać do domu. Razem z cebulą, ziemniorami i innymi kilogramami dóbr konsumpcyjnych. I tu ze złotymi radami przybiega Pani Maja S.
    Na co dzień próbująca w TV odmładzać kobiety (z różnym skutkiem).
    W przerwie tego procesu zdecydowała się wziąć udział w spocie, który pokazuje jak stylowo dźwigać siaty. Co prawda po przepakowaniu ziemniaków do fensi toreb wygląda jakby jej kręgosłup miał za chwilę siąść i nie wygląda to zachęcająco, ale może jakaś aspirująca Grażyna się na to złapie. #Hawrannotapproved #śmierdzicebulą
  3. Od ostatniego wpisu mieliśmy po drodze: Boże Narodzenie, rozdanie Oscarów, Wielkanoc i majówkę. Z tego zakresu zdarzeń chciałabym podkreślić fakt, iż ominął mnie news o istnieniu filmu: Miłość, uprzedzenie i jemioła. #niepowiedziałnikt
  4. Pojedynki na gangi pluszaków/gówniaków pomiędzy dyskontami przybrały ostatnio wymiar zgoła mniej zabawny. Wyższość Kalafiora Krzysia nad innymi nagrodami za punkty to już pluszowa przeszłość. Teraz mamy wojnę na banery i długość paragonów. Na lokalnym targowisku spokojniej (walka jedynie o miejsce w kolejce). #zostajęprzyprodukcielokalnym #MadgaGesslerlubito
  5. Mój przyjaciel, Starski, nadal nie wynalazł filtra, który po zaaplikowaniu do mózgu (billgejtslubito)będzie podświetlał na ulicy na zielono naszych potencjalnych ziomków, wciąż więc trzeba filtrować, zawodnym czasem, ludzkim okiem.
  6. Wciąż nie dorosłam do whisky, opery i czarnej kawy. Mistrzem riposty w internecie jest niezmiennie Remigiusz Mróz. Na vinted nadal królują Grażyny promocji. #pewnerzeczysąkonstans
  7. Nadal jeżdzę Toją Jaris, rocznik 2007. #toyociaranierzepiara
    Moje auto chyba podsłuchało jak mówiłam, że “kiedyyyś to było i na stacji benzynowej czuć było zapach paliwa a teraz tylko zapach hot dogów, kawy i porażki przy płaceniu”…
    I zaczęła mi Toyota pachnieć paliwem, co oznacza na ten moment, że zapewne czeka mnie la-droga naprawa filtra paliwowego, bo nie dość, że auto mi się dusi od czasu do czasu to co za dużo zapachu paliwa to jednak nie zdrowo. #carefulwhatyouwishfor
  8. Zaniedbałam ostatnio czytanie książek. Z wyjątkiem tej pod tytułem “Pociągi”, by Byron Barton, dzięki której tak ze 3 razy dziennie wołam z konduktorem “Odjaaazd”.
  9. Jak u Michała W, w wybitnym utworze “Filiżanka” : wciaż, gdy “piję kawę jest cudownie”, planowane wakacje to raczej tryb a lot excluded niż all inclusive, kanapki nadal z glutenem, a słowo futrować nadal w top 3 synonimach procesu jedzenia.

    Na koniec jak zwykle garść porad:

    Uważajcie na komplemenciarzy policzków.
    Rozkładajcie dobrze ciężar zakupów pomiędzy siaty.
    Nie dajcie się wykitować!

    Rigardsy!
    Hawran

O porannym szampanie, pierścionkach zaręczynowych i o tym, kto okazał się zakalcem…

 „Rano, jak się człowiek budzi… wypije trochę szampana i… świat wygląda inaczej (…) Zaczynam myśleć, jak wypijam szampana od rana”.

Helena, “Żony Hollywood”, 2016r.

Niegdyś, w ramach Hawranowych “blogo-cytatów otwierających”, brylowały ambitne teksty: Szymborskiej czy Osieckiej.
Dziś jako intro: słowa zamożnej i “znanej z majątku”, zbitego
na marce alkoholowej (!), małżonki wyjątkowo cierpliwego Pana Stanley’a (dla którego określenie “najdroższa” ma podwójne znaczenie), mieszkanki sekjuriti guarded osiedla w Los Angeles , uczestniczki telewizyjnego formatu tefałenu sprzed kilku lat.
Helena Kolodziey wychodzi z założenia, że nie ma dobrych butów za cenę niższą niż 1500 dolarów “za but”, ma oddzielną garderobę dla “szanela”, durszlak nazywa “rondłem” i twierdzi, iż kobiety,
w przeciwieństwie do mężczyzn, mogą znaleźć sobie sposób na funkcjonowanie tylko w domu, bez wychodzenia do pracy, ot na przykład: sprawdzają czy sprzątaczki posprzątały dobrze…

Zapytać by można (nie trzeba! lecz można): gdzie tu logika?
Skąd ten, dotyczący cytatu na wstęp, “ambicji spadek”?
A więc jakby się zdarzyło, że ktoś zapyta: odpowiadam: w mojej głowie słowa Heleny K. łączą się całkiem zgrabnie z poprzednio cytowanymi Paniami.

Jeszcze do niedawna, wedle mojej wiedzy, polska młodzież nie była zbyt zainteresowana twórczością wybitnej noblistki Wisławy. Myślę sobie, równie bezczelnie, iż gdyby w ramach sondy ulicznej zapytać młodych ludzi o znakomitą Marię Pawlikowską-Jasnorzewską, wielu mogłoby mieć problem z umiejscowieniem jej gdziekolwiek
w czasoprzestrzeni.
Mariaż poezji śpiewanej i młodzieży wydawał się niemożliwy…
Na co przyszła Sanah i powiedziała: potrzymajcie mi szampana(h).

No a skoro szampan, to choć z programu “Żony Hollywood” widziałam kilka lat temu tylko urywki, to ten fragment
o bąbelkowym napoju został ze mną jak widać długo, zaśmiecając szufladki w głowie. Nawet mgła po-covidowa nie sprawiła,
że wspomnienie o tym monologu przy eksluzywnym śniadaniu wyparowało…

Niestety nie miałam okazji (jeszcze!) spróbować jak to jest mieć taką poranną rutynę jaką ma Helena ze strzeżonego osiedla
w mieście aniołów.
Bliżej mi do rutyny Heleny z Legnicy, mojej mamy, która rano pijała kawę z mlekiem, lub kapuczynę, w szklaneczce z cienkiego szkła.
I jeśli już zdołam, przy energicznym 4-latku na chacie, napić się tegoż napoju w ciepłym formacie (rym!), to myślę sobie wtedy, całkiem nieskromnie: “promowałam Szymborską zanim to było modne(h)” #Hawrantrendsetter #wwersjimojegotaty:trendsweter

Wracając z luksusów holiłudu na ziemię, czas się przyznać: znowu chwilę mnie tu nie było. Konkretnie od maja.

Oczywistym jest, że nie uda mi się podsumować wszystkiego, co działo się przez ostatnie miesiące w moim życiu (a Ci co mnie znają, wiedzą, że działo się od cholery rzeczy), ale gdy pisarsko otworzymy w hawranowej głowie szufladkę: “pierwsze skojarzenia” to wyskoczą takie oto tematy:

Cykl: newsy lokalno-mieszkalne.
Znacie taki utwór popełniony przez Agnieszkę Osiecką, który doskonale zinterpretowała niegdyś Krystyna Janda, zatytułowany: “Na zakręcie”?
Słowa zeń do mnie aktualnie całkiem dobrze pasują. “A ja jestem, proszę Pana na zakręcie, migają światła rozmaitych możliwości”.
No więc,zgadza się! Jestem na zakręcie . To znaczy…. mieszkam około 50 metrów od sporego zakrętu :). Za którym migają światła… sygnalizatorów świetlnych dla pociągów.
Wciąż w tym samym M z tym samym kredytem (zmniejszonym
o kilka rat).
Ten zakręt to tylko drogowo-dosłowny. W życiu bowiem udało mi się, po pewnym rollercoasterze, zafundowanym przez… nazwijmy to życie, wyjść na prostą. W tempie niczym z niemieckiej autostrady. #tamgdzieniemalimitówprędkości

W mieszkaniu ten sam stan osobowy. Chyba, że wpadną zacni goście wszelacy.

Z istotnych zmian: blender, będący ze mną od początku tego bloga, powoli dogorywa. Zamyka więc symbolicznie pewien rozdział w moim życiu. Wykreślam go więc z posagu, ale żeby nie było, że nie idę z duchem czasu: zastąpiłam go Thermomixem. #podbijamwartośćogólnąwiana

Auto to samo: pasuje mi do kształtu oczu 🙂 #dżapanisstajl

Ze zmian okołomieszkaniowych: sąsiedzi od półki z butami zostali zmuszeni do jej usunięcia z klatki schodowej. Nie poddają się jednak łatwo w zaburzaniu estetyki części wspólnych budynku, gdyż prezentacja różnych par białych adidasów na wycieraczce/obok wycieraczki/pod wycieraczką etc. nie dodaje smaku i elegancji. No ale… #nieodrazuRzymzbudowano

W ogóle pakiet sąsiadów jaki posiadam jest całkiem … ciekawy. Taaak, ciekawy to chyba dobre słowo.
Są karki i Karyny, jest para, która (zazwyczaj w piątki) brzmi jakby nagrywała film nieco bardziej niż erotyczny #przyotwartymoknie
Zaskoczył mnie dnia pewnego ich performens o godzinie dość wczesnej (przed 21-szą) i cóż, powiem tyle: podlewanie wrzosów na balkonie nigdy nie było u mnie tak szybkie i nie kończyło się tak wielką traumą #zcyklutegonieodsłyszysz

Piętro pod moim, wypełnione jest pieskami rozmiaru XXS. Jedne słychać mniej, drugie bardziej. Nie są tak luksusowe jak piesek innej z żon holiłud , Iwony: Toby, co “zawsze chodzi po karpecie” (carpet=dywan), jeździ na randki ze swoim “Państwem” i jest ubezpieczony na milion dolarów… Myślę sobie jednak, że ich właściciele też bardzo je kochają 🙂

Ogółem stwierdzam, że sąsiedzko: mogło być gorzej. Nie ma zbytnich dram(atów). Z gatunków filmowych jak widzicie powyżej mamy głównie: przyrodnicze lub erotyczne.

A jak już jesteśmy przy filmach…
W ostatnich miesiącach widziałam kilka pozycji godnych polecenia.
Faworytem filmowym-mym w roku 2023 jest (i niewątpliwie pozostanie), niedawno obejrzany w kinie, koreański film: Poprzednie życie/Past lives.
Absolutnie niezwykły. Mnie zostawił z oczami przeszklonymi jak po obraniu kilku ostrych cebul.
Jako człowiek, który ma nieco wschodni typ urody i niegdyś, przez wzgląd na swoją fryzurę został ochrzczony, kolejno: “koreańskim skoczkiem narciarskim”, “japońską księżniczką” i “małym chińskim zwiadowcą”, mam słabość do niektórych produkcji
z dalekiego wschodu. Wszak moją ukochaną bajką Disney’a jest Mulan, a w Szybkich i wściekłych zawsze najbardziej podobał mi się Han!
W klimatach “ist”- tym razem związanych z Japonią, polecam Wam też animację z gatunku anime: Weathering with you.
Powstała kilka lat temu, ale dotarła do mnie całkiem niedawno.
Jest to opowieść o dziewczynie zwanej : Sunshine Girl, która jest
w stanie zatrzymać deszcz w wiecznie pokrytym chmurami
(z których pada!) Tokio. Płaci za to wysoką cenę: traci część siebie…
Dosłownie, gdyż po każdym “wywołaniu słońca” część jej ciała wyparowuję.
Do momentu, w którym jest tak lekka, że nie może utrzymać się na ziemi i znika w chmurach. Zanim jednak to się wydarzy, spotyka ona na swej drodze chłopca, który, motywowany młodzieńczą miłością, decyduje się walczyć o nią, nawet za cenę tego, że w Tokio już nigdy nie zaświeci słońce.
To opowieść o tym, że prawdziwe uczucie jest wtedy, gdy wybierasz miłość do drugiej osoby, nawet, gdy wiesz, że często będzie padał metaforyczny (lub nie) deszcz.
Tak się złożyło, że pewien fragment tej animacji skojarzył mi się… ze mną samą #Hawranwidzicochcewidzieć #zdjęciemepochodzizczasówsprzedanimacji

Hawran Girl vs Sunshine Girl

Wracając nieco “na zachód” , wspomnieć chciałam, iż w ramach cyklu: przed telewizorem, całkiem niedawno obejrzałam baaardzo zacny dokument o Davidzie Beckhamie.
W ramach ciekawostki pobocznej, przy oglądaniu tegoż, dowiedziałam się, że Victoria Beckham posiada 15 (!)pierścionków zaręczynowych od Davida (większość otrzymała już jako…żona)…
#zawszewiedziałamżemaonałebdointeresów
Ja w swoim życiu miałam dwa pierścionki zaręczynowe i oba oddałam po zakończeniu relacji… #amożnabyłoprzetopićnakolczyki
No ale jedni mają “la luksus” a inni “la biedę” . Tak ten świat jest skonstruowany.
A tak na poważnie: nie narzekam, nauczyłam się doceniać siebie
i małe rzeczy.
I pierścionki, które zakupiłam sobie sama 🙂
Tak w ogóle to z kwestii, które doszły do mnie ostatnio, najważniejszym okazało się zrozumienie prawdziwości hasła poniżej:

Po naszemu: porzuć iluzję, że cokolwiek mogło być /wydarzyć się inaczej.
Ejmen to that, jak zaśpiewałby chór gospel 🙂

Z innej beczki, w ujęciu lokalnym, ale nie lokalowym, czyli poza-mieszkaniowym: przez ostatnie kilka miesięcy “dojrzałam miejsko”poza Wrocławiem, to znaczy: mam swoje ulubione stoiska z warzywami, nabiałem i mięsem na lokalnym targu…
Oprócz tego, że produkty zeń rozkładają na łopatki te z marketów, to wizyta tamże zawsze jest okraszona dialogami nie
do podrobienia, ot choćby:
“Pani Kaziu, u Pani ta malwa rośnie. Ja łażę koło swoich i coś mi nic nie rośnie”
Pani Kazia: “a bo ja nie chodzę jakoś specjalnie koło nich, a rosną jak głupie”.
Kurtyna.

Na tym samym targowisku można oczywiście obkupić się też
w (całkiem luksusowe niejednokrotnie i unikatowe, made in Italy not in Bangladesz): szmaty i mazidła 🙂 Nie powiem, że jakiś sweterek lub dwa nie robią wrażenia na mieście, niczym żadory od projekatntów. A Ty wiesz, że masz na sobie sweterek od Beaty, co ma stoisko z odzieżą produkowaną we Włoszech. #zacenęnormalną #niejakwMilano #HelenazHollywoodnielubitego

Wiem, że kupując pod gołym niebem i blaszanymi daszkami, omija mnie wiele atrakcyjnych akcji dyskontowych. Ostatnio słyszałam, że w biedrze można zbierać (bić się o) naklejki i odebrać: parówkę Patrycję czy też rogalika Radzia.
Z tym ostatnim (imieniem) wiąże się dla mnie śmieszna historia sprzed kilku miesięcy, gdy prawie to byłam na kawo-randce z pewnym Radziem, który wydawał się na początku rzeczywiście rogalikiem/ciachem, a okazał się niestety smutnym zakalcem.
Kreator smaku Hawran rzecze więc: zakalec Radzio, nie rogalik Radzio. Oby ten z biedry okazał się dla dzieci bardziej “strawny” (jako zabawka).
I uważajcie na siebie w trakcie walki na dziale warzyw i owoców 🙂

A jak już jesteśmy przy warzywach i owocach, to przypomniało mi się, że w trakcie blogowej przerwy, pewna Pani od fo-pa i etykiety przekazała społeczeństwu, że banana należy jeść za pomocą widelczyka i noża (za pomocą ręki i buzi to tylko po cofnięciu się
w ewolucyjnym łańcuchu). Zapewne najlepiej byłoby gdyby leżał on(banan) na talerzyku z chińskiej porcelany.
Tej drogiej, a nie tej z napisem mejd of czajna.
To przywodzi mi na myśl inne porady: od Pani, która na produkty
z huty szkła o imieniu tytułowej partnerki Romea, nakleja etykiety :
‘la nie-biedy” i sprzedaje za gruby hajs. Dzięki temu stać ją na masaże stereo (!) : te w wannie i te (równie stereo) twarzy, wykonywane glamur balonikami (nadmuchanymi bardziej lub mniej). Oczywiście baloniki czy gąbki do masażu całego ciała nie mogą zejść z półki niższej niż ta w harodsie.
Bowiem: Plażo, proszę! Pani Dżoana (nie Krupa) dyskonty omija podobnie jak ja, tylko ona nie na rzecz lokalnego targowiska. Ona to raczej na rzecz targowiska próżności.

W ujęciu globalnym: dużo się dzieje złego. A Wisława Szymborska jak zawsze dysponuje cytatem, który doskonale potrafi to wszystko podsumować:

Spójrzcie, jaka wciąż sprawna,
jak dobrze się trzyma
w naszym stuleciu nienawiść.
Jak lekko bierze przeszkody.
Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść.

Pozostaje mocno wierzyć, że Czesław Niemen miał rację, iż ludzi dobrych woli jest więcej…

Ale, że ten blog to głównie rozrywka, wróćmy do bardziej pozytywnych przekazów.

Z cyklu: w wielkim, szołbiz-świecie (bo każdy z nas kocha gossipy):

  1. Po raz pierwszy w życiu obejrzałam coś pełnometrażowego, związanego z kinem Bollywood.
    Był to filmik na Kanale Sportowym, autorstwa Pana Stanowskiego.
    Ten o Natalii J.
    Zwanej ostatnio Natalią Ś. Ś jak Ściemnioszek.
    Domniemanej gwiazdy ów kina.
    Przed tym filmem nie wiedziałam o niej nic. Jak się okazało w tym samym punkcie – niewiedzy – była większość naszych rodzimych dziennikarzy, lansująca ją w ostatnich latach.
    Doszłam do subiektywnego wniosku, iż przez to, że w korpo świecie zdarzało mi się pracować z ludźmi z Indii, jestem tam chyba bardziej znana niż wymieniona wyżej Pani Natalia.
    Kolega z Indii nawet piekł muffinki na imprezę charytatywną, którą pomagałam organizować. #łączeniekultur
    Nie śledzę kariery Pani Natalii, ale myślę sobie, że po takim demakijażu chyba wyjechałabym gdzieś, gdzie mogłabym się poczuć anonimowo. Ot choćby do Indii.
  2. Z cyklu: na co nie wydałabym nawet złotówki: w necie, za JEDYNE 1699 zł można zakupić sobie (od byłej Barona,) udział w warsztatach…w Oddechowie…Pod Warszawą.
    Nie dość, że pooddychacie sobie w duchu szamanik brefłork
    (z wolnego tłumaczenia autorów: shamanic = świadome…), to jeszcze będziecie mogli przejść przez medytację łona, połączycie się ze swoim yoni i będziecie wyrażać lepiej swoje pragnienia i potrzeby.
    Dodatkowo w pakiecie rytuał spalenia ubrania i zrzucania wstydu, czy też spalania wstydu i zrzucania ubrań. W bonusie zaś rytuał gliny. I nie chodzi tu najpewniej o standardowe rytuały policjantów.
    Powiem tak: jing i jang to już dla mnie maks, nie ma miejsca na yoni, a swoją potrzebę wyrażę już teraz: nie dziękuję. Za 0 zł. #1699złwkieszeni #możejednakmamłebdointeresów
  3. Celebryci, jak sama nazwa wskazuje: celebrują. Jedni odnowienie ślubów, kolejni premierę rozwodu, jeszcze inni dramy w portalach plotkarskich.
    Niektórzy nawet porwali się na skok na SKOK i za to grozi im wyskok na odsiadkę. Kwota skoku, okolice niespełna 3 milionów złotych, dla Heleny Kolodziey byłaby dziennym wydatkiem na szanele, a tu w Polsce taka afera…pfff
    Poza tym przecież wiadomo, że #dziecikosztują
  4. Za nami dzień Wszystkich Świętych, czyli święto logistyki wszelakiej: odnalezienia się w przy-cmentarnej organizacji ruchu, mistrzostwa
    w znalezieniu miejsca do parkowania, umiejętności zagięcia reszty rodziny stylizacją (logistyka jakie futro do jakich kozaków), a także, last but not least: logistyki ustawienia zniczy i kwiatów na nagrobku #czerwonedajpobokachboonemniejbogatowyglądają #białydoprzodu! #żeteżznowuciotkaZośkamusiałatakiewiechciepostawić
  5. Nie wypowiem się, czy nowy Znachor jest lepszy od starego Znachora, gdyż nie widziałam ani jednego ani drugiego. #nawetniezabardzosiękajamztegopowodu #każdymawsobiejakąśkontrowersję

Z końcowych porad:

Jak zwykle przed zimą: jedzcie cytrusy!

O każdej porze roku: zastanówcie się dwa razy, zanim zapiszecie się na jakiś kurs online 🙂

Co do oddawania pierścionków zaręczynowych: decydujcie po swojemu.

Wasz Hawran

O podjadaniu cudzej konfitury truskawkowej, pożegnalnych sernikach pistacjowych, adidasach na klatce schodowej i powrotach…

“When you love someone, you work it out. You don’t just throw it away. You have to be careful with it, you might never get it again.”

-Edward Sheffield, Nocturnal Animals (2016)

Tym razem nie Szymborska. Tym razem nie Osiecka. Tym razem: FILM. Biorąc pod uwagę “kinową przeszłość” i ogólną miłość do wielkiego ekranu, aż dziw bierze, że tak późno rozpoczynam wpis cytatem zeń/stamtąd właśnie.
Ale powiadam/zapisuję Ja-Wam: nic nie dzieje się bez powodu.
Od ostatniego Hawranowego wpisu minęło kilkanaście (!) miesięcy, które w moim życiu można by podsumować hasłem: niezłe kino/ dobry materiał na film.
Z cyklu mało komediowych niestety.
Stąd również wybór TEGO KONKRETNEGO cytatu. Pochodzącego z rewelacyjnego, a przy tym bardzo mrocznego thrillera, w reżyserii Toma Forda pt. : “Nocturnal Animals”/ o dziwo dobrze przetłumaczonego na nasz rodzimy język jako“Zwierzęta nocy” . Jeśli od 2016 roku nie zdążyliście się z nim zapoznać – polecam.
Ja widziałam raz, w roku premiery, a pamiętam prawie jakby to było wczoraj. Film ów generuje w widzu dyskomfort, ale też sprawia, że chcesz go obejrzeć do końca. Uwiera, ale i rezonuje, zostaje z tyłu głowy.
“Główną osią tego filmu są błędne decyzje”– napisał ktoś, kiedyś, mądrze.
Obraz ten jest wielopłaszczyznowy, lecz nie zamierzam tu tworzyć jego recenzji, wybiorę tylko ulubiony wątek. Choć motywy: toksycznej matki , niezadowolenia mimo pozornego posiadania wszystkiego, czy też ślepoty na zdradę męża też dają pole do popisu/interpretacji to nie o nich tym razem.
W głównej narracji, która jest dla mnie kluczową, Susan (w tej roli Amy Adams) otrzymuje od byłego męża (Edwarda, granego przez Jake’a Gyllenhalla) rękopis jego najnowszej powieści.
Ta, ku zaskoczeniu głównej bohaterki filmu, choć pozornie opowiada
o makabrycznym porwaniu i morderstwie, zawiera ogrom aluzji do wspólnego życia Susan i Edwarda sprzed kilkunastu lat.
Wracając do początku mego wpisu, łagodnie mówiąc: również mało komediowego.
Powieść Edwarda jest surowa i okrutna. Ekranizacja “fabuły w fabule” to Ford-owy majstersztyk. Mimo, iż czasem zasłania się w trakcie seansu oczy. #mójprzypadek
“Nocturnal Animals” to film o zemście, ale nie o tej dosłownej, którą bohater powieści Edwarda wprowadza w życie na oprawcach swojej rodziny, ale
o wyrafinowanej zemście Edwarda na Susan. Jego wielkiej miłości, która bardzo go skrzywdziła, i która z każdą kolejną przeczytaną stroną ma tego coraz większą świadomość.
Film pokazuje dobitnie jaką moc ma słowo pisane, jak poważne są konsekwencje naszych czynów, jak również, że poprzez pisanie można pewne rzeczy symbolicznie pozamykać. I, że nie zawsze dobrze słuchać mamy…
Stąd tak doskonale pasuje mi jako wstęp do powrotu po przerwie. Jestem tu trochę EdWArdem.
Zamykam przeszłość ręko-wpisem. A w zasadzie jego wstępem. #hasztagdlakumatych
#anoiobejrzyjciefilm #polecajkabardzo

Ale żeby nie było tak mroczno i ponuro to może dla ba!/lansu coś bardziej na wesoło. To była zawsze OŚ tego bloga. #positiwwajb #ihasztagi

Pamiętacie moje wyliczanki, pojawiające się raz na jakiś czas na łamach tegoż medium? Co lubię, a czego nie, co posiadam w posagu/kartonach przeprowadzkowych i tym podobne? Jeśli tak, to przed Wami kolejna. Bo to będzie najlepsze podsumowanie ostatniego czasu.
Raz, dwa trzy, wy-li-cza-my:

  • Mam nowe/stare miasto do życia. Pożegnałam Wrocław z należytym szacunkiem, za przeżyte tam dorosłe , Hawranowe 18 lat. Kawą i serniczkiem. #bezrodzynek #pistacjowym
  • Mam ten sam blender od 2017 roku, czyli od czasu, gdy zaczynałam przygodę
    z blogiem. I ten sam odkurzacz. Doszło do tego, całkiem moje, M jak mieszkanie. #zKjakredytem
  • Ostatnie kilka miesięcy to mój masywny upskilling w kategoriach: aranżacja wnętrz, ściganie fachowców, egzekwowanie napraw gwarancyjnych od dewelopera, uzyskiwanie rabatów na kafle
    i armaturę, branie na litość pracowników tał-rona i ogólnie bycie ninja-organizatorem wszystkiego, wszędzie naraz #kolejnywplecionyfilmchecked

    Nawet dostawca internetu powiedział: “daaamn, zawzięta Pani jest”. Nie zaprzeczę.

  • W nowym nie-wrocławskim życiu jest ze mną wrocławski (bo tamże urodzony) krasnal – mój prywatny syn, który zapewnia mi nieustanną rozrywkę (jak to zwykły robić 4-latki) #nabiegu. Wozimy się Toją (Toyota w slangu mego dziecka)
    i jest nam całkiem zacnie. Jeszcze jakby sąsiedzi zabrali półkę z butami z klatki schodowej, to byłby miód malina. A tak jest miód, malina i białe adidasy witające człowieka po wdrapaniu się na drugie piętro 🙂 #wspólnotymieszkaniowetakiewspaniałe
  • Nadal lubię jogurtowe żelki, Lays’y paprykowe , mleko z kawą i dobre aglio e olio we włoskiej knajpie. #glutenforEv(w)a. Wciąż jestem komunikacyjnym ninją, nadal nie znoszę ludzi wolno idących chodnikiem i kierowców co jadą jak melepety. Jestem mistrzem gry planszowej Splendor i pewnie nadal nie wyszłabym z pokoju pułapki w grze komputerowej Max Payne 2 #analogowozawsze
  • Rano za oknem śpiewają mi ptaki, lub słyszę jadące pociągi towarowe, w korku dnia codziennego nie stoję dłużej niż 5 minut, do paczkomatu idę w kapciach, a domowy rosołek z rodziną w niedzielę jest na wyciągnięcie spaceru. #pro
    #aorlenixmniejzarobinamojejkrwawicy
  • Wciąż najlepsze historie “dzieją się” w PKP. Ostatnio pewna urocza starsza Pani,
    w bardzo zatłoczonym i głośnym pociągu, siedząc obok mnie scrollowała posty na fejuniu. Wtem, w jedynym momencie kiedy gwar wsród podróżnych przycichł na chwilę, Pani akurat “trafiła” na reklamę, słyszalną na cały wagon. Zaczęła się ona od hasła: “Miejsca intymne….”, a po nieudolnej próbie zmniejszenia przez Panią poziomu głośności zakończyła jakże istotnym pytaniem: “golić czy nie? ” 🙂 Zastanawiam się ile osób wtedy w głowie odpowiedziało sobie na tę palącą kwestię…
  • Zdarzają się super dni, gdy po raz kolejny udaje mi się zebrać ekipę i środki na to, by prawie 40-tce dzieciaków z potrzebujących rodzin zorganizować super prezenty na Wielkanoc czy Dzień Dziecka, lub gdy w pracy po raz kolejny docenią za zasługi. Zdarzają się gorsze dni, gdy sąsiedzi zastawią wyjazd z garażu, ulubione spodnie poplamione zostaną niedobrym deserem (bo gdyby choć wybitnym to inna byłaby skala porażki), czy też gdy zamyka się ulubiona knajpa, gdzie mieliśmy już z młodym wi-aj-pi status. Ale spodnie można potraktować waniszem, sąsiadów kulturalnie ochrzanić, a knajpę znaleźć inną, więc ogółem mogło być gorzej.

Chyba nie pokuszę się o jakieś wieelkie globalne podsumowania tego, co działo się na świecie przez te ostatnie kilkanaście miesięcy. Nie starczyłoby łordpresowego limitu słów, ani czasu. Przecież trzeba jeszcze przejrzeć dzisiejsze memy na Make Life Harder.
Dużo złego się dzieje na świecie, ale o tym na pewno wiecie. Więc nie będę tu specem od komentowania wojny czy kłamstw naszych Pinokio-polityków.
Ale mała analiza szołbiznesu niech będzie.
Z konkluzji pod tytułem: ostatnie miesiące – pierwsze skojarzenia:

– we Wrocławiu zamknęła się sieć kawiarni Vincent. Brak najlepszego we wszechświecie Laguna z konfiturą pomarańczową sprawił, że decyzja
o opuszczeniu miasta była sporo łatwiejsza.
– Kasia Cichopek i Marcin Hakiel zrobili dwa przyjęcia komunijne dla jednej córki #wymyślająbogaciknajpomsięopłaci
– nawet nie zliczę ile książęk napisał w czasie mojej blogowej przerwy Remigiusz Mróz #absolutnymistrzciętejriposty #idałmiserduchonafejsiepodpostemwięcogólnielov
– Sukcesja sezon 4-ty najlepszym z dotychczasowych! #wspaniałytoserialniezapomnęgonigdy
– Czesia w Klanie ponoć miała zawał. Nie widziałam tej zapewne mistrzowsko odegranej sceny, bo jeszcze się nie pozbierałam po epizodzie z Ryśkiem sprzed lat. #czasemchceszsiępożalićaleniemaszdokooogo
– Szakira podobno odkryła zdradę Pi-Ke na podstawie nadpoczętego dżemu truskawkowego, którego Pi-Ke miał nie tykać od lat #ktośjadłzmojegosłoiczka… #kochanicaporwałasięojedenelementzadaleko #cudzymążniewystarczyłmusiałajeszczekonfiturężreć
– Ta-“Mara” Perejra się okadza, bębni i sprzedaje czaszki, Edzia przez 5 g nie ma już orgazmów, a rosół je w niedzielę sama, Jakóbiak uzdrawia głuchonieme,
a dla uspokojenia Was: Pszczoły Królowej Elżbiety zostały oficjalnie poinformowane o jej śmierci #szybciejniżzapasowyHarry
– Koronowany Król Karol karnął karatowozłotą karocą Królową Kamillę Konsortę ku koktajl party w Buckingham Palace #akrólowaludzkichsercprzewracasięwgrobie

I tak to się kręci…

Tradycyjnie zakończę garścią porad:
– jedzcie cytrusy (są tańsze niż czereśnie)
– za 3 dni zadzwońcie do mamy z życzeniami (nawet jak czasem jej nie słuchacie)
– nie konsumujcie cudzych dżemów truskawkowych 😉

H.

O tęsknocie za dramą na peronie, o tym co się rymuje z “mordo populis” i o tym, że nie jestem Remigiuszem Mrozem.

W dzień jasny albo pod osłoną nocy
łączą się w pary, trójkąty i koła.
Dowolna jest tu płeć i wiek partnerów.
Oczy im błyszczą, policzki pałają.
Przyjaciel wykoleja przyjaciela.

Wisława Szymborska, Głos w sprawie pornografii

Z racji 10 rocznicy śmierci Wisławy,  powróciłam ostatnio
do niektórych jej utworów. I tak patrzę, patrzę i nadziwić się nie mogę,
że ona już tyle lat temu wiedziała jaką aferą obyczajową będzie żył świat w 2022 roku…
Oczywiście mowa tu o skandalu w pewnej organizacji
(tej od “stop rozwodom”#oficjalnie i… zdrowemu rozsądkowi #nieoficjalnie)/ dla ułatwienia dodam, iż pierwsza część nazwy tejże fundacji rymuje się z “mordo” a druga z “populis”).
Skandalu
obsypanym już memami, niczym kinowy hit nagrodami filmowymi, nie wiadomo tylko, czy dzieje się to w kategorii komedia, dramat, sci-fi czy film erotyczny.
Tak czy siak, Szymborska niczym prorok, przewidziała,
że ktoś tu kogoś wykolei…

Jak już jesteśmy przy kolei… to strasznie dawno nie jechałam pociągiem…
Odczuwam nawet lekką tęsknotę za ludźmi tam spot(y)kanymi,
a także (o dziwo!) za adrenaliną spowodowaną niepewnością
o ile spóźniony tym razem przyjedzie? #syndromperonu
Uważam, że  podróżowanie pociągami jest nie(d)ocenione wręcz
w zakresie zbierania historii do blogasków.  Dramy na peronie, “zmęczone torby”, “opóźnienie wliczone w czas podróży”, brak chleba
w Warsie lub chleb dostępny tylko w zestawie z żurkiem, wiecznie rozregulowana klimatyzacja i wiele innych. Something new-always. Tymczasem w  aucie ciągle te same problemy (korki, cena paliwa, dziury pod śniegiem) i  co najwyżej jeden główny  typ adrenaliny, ilustrowany słowami : “jak jedziesz, debilu!?”.  Wpisu z tego nie ukręcisz.
Z czegóż więc ukręcić dalszą część?
Od ostatniego wpisu minęło znów trochę czasu
i co nieco się wydarzyło.
To może o tym…
Ot choćby izolacja covidowa w moim domostwie i pozytywny wynik testu PCR się wydarzyły. Na dzień przed Sylwestrem… Nie tylko Dżejson The Rulo kiepsko wspomina więc przełom 2021/2022.
#tylkomniezaszeremniktniepomylił
Teraz czekam czy przypadkiem nie spadnie na mnie mgła po-covidowa, bo jak obserwuję internety, to wielu zdaje się od dawna cierpieć na zanik myślenia, więc prawdopodobnie oficjalne statystyki zachorowań rzeczywiście są zaniżone.
Ale, ale… ludzi dobrej woli jest więcej, jak śpiewał niegdyś Czesław N.
Dowodem choćby 30 finał WOŚP, w którym nawet nie wychodząc
na rekordowe tego dnia orkany na mieście,  udało mi się zebrać miłą sercu kwotę do wirtualnej skarbonki. Wszystko z pomocą zacnych ludzi.
Oczywiście nie umywa się ten wynik do milionów (#dosłownie) zebranych przez Make Life Harder, ale do ich skarbony (zwanej też stojakiem na ręcznik papierowy) też się dorzuciłam, więc czekam
na dobrą karmę razy dwa.

Co do dobrej karmy, a może bardziej szamki, to takową zawsze propsuje PigOut, który ostatnio wrzucił na stories ofertę
prawie nie do odrzucenia
– nabór na stanowisko jego prajwet asystenta, który to miałby dostęp do nieocenzurowanych tekstów, muśniętych nieprawidłową autokorektą, a czasem może
i nawet do tego, co kryje się pod magicznym czarnym kafelkiem.
Zobaczyłam ten offer i przez ułamek sekundy pomyślałam: a może by tak rzucić to wszystko i pójść w autokorektę (wszak wygrało się niegdyś wojewódzki konkurs ortograficzny i tropi się błędy niczym świnia trufle)#porównaniemyślężenagrubomiwyszłowłaśnie
Dodatkowo widzę pewne cechy wspólne moje i ewentualnego pracodawcy, jak choćby fakt, że ja też raczej nigdy nie dam szansy serialowi Fargo, za to ubóstwiam Synów Anarchii (serial!) Podzielam również częściowo gusta jedzeniowe i muzyczne. Więc niby szanse jakieś nikłe są.
Ale 4 chipsy później przyszły inne refleksje:
– że jednak wciąż uznaję zalewanie płatków tylko gorącym mlekiem #sorrynotsorry
– że w dobie pandemii pod Warszawę, na ranczo, na spotkanie f2f musiałabym się zbierać dłużej niż Szwedzi w 1656 r.
– że nie lubię whisky #niewiemcogorsze #czytoprzebijaciepłemleko?
– że z Bielendy lubię “vege” żel pod prysznic
– i, że last, but not least – nie jestem Remigiuszem Mrozem #cotojestmistrzemriposty #nawetjakniechceniczAvonu
Wyszło więc, że chyba jednak się nie zdecyduję wysłać kandydatury mailem, gołębiem czy też w kopercie z logo różowej świnki.
Ale gdybym jak Adaś Miauczyński “w myślach osiągała już wszystko”
i miała Paczkomatem CV wysłać, to zaprezentowałabym się o tak, wierszem:

“Urodzona w 80-tych latach;
Umie zadbać o ciętego w wazonie kwiata;
Ma siostrę i nie/jednego brata;
Z sentymentem wspomina swego Punto Fiata;
Nie jadła zestawu, który reklamował Mata;
Czasem robi za domowego literata;
Krzyżówki szybciorem Ci rozharata;

Błąd ortograficzny w mig dostrzega;
W szafie u niej głównie dżins i biały t-shirt zalega;
Dobry kryminał to jej książkowy najlepszy “kolega”;

Z lubością używa słowa melepeta;
Na jej twarzy nie gości nigdy “tapeta”;

Dobre “ruskie” niczym Magda Gessler doceni;
Niech się na nich tylko dobrze cebulka rumieni;

#hasztagamimyśli #hasztagamipisze;
Pepsi i dobry serial to jej fetysze;

Pisać co nieco potrafi, tak jej się przynajmniej wydaje;
Więc jednak przy swoim blogu zdecydowała, iż zostaje”.

Koniec wiersza. Kurtyna.

Mam nadzieję, że 2022 przyniesie z 20 razy więcej czasu na pisanie
i choć z 22 nowych czytelników.

Tymczasem życzę, niczym klasycy:
-pysznego śniadanka
– smacznej kawusi
– dobrych inb na forach
I niech szampan wylewa się!
I nie róbcie plagiatu z dresów najków. #tonieprzysporzylajków

P.s. przeczytałam ostatnio na fb u pewnej blogerki, u której również mogłabym rozważyć staż –  Niewyparzonej Pudernicy, w sekcji komentarzy o wspomnieniach związanych ze złotymi hasłami naszych babć, iż istnieje motto że : “w bordzie dobrze każdej mordzie”. Idę więc poszperać w necie za czymś
w kolorze dip red 🙂

Wasz Ozdrowieniec 😉

 

 

 

 

O wjeździe indyka na stół, teamie Pralina, połowicznie złej karmie, i o tym, że nie jestem damą.

"Wiele zawdzięczam tym, 
których nie kocham"
Wisława Szymborska, Podziękowanie

Wisława – jak Make Life Harder z dzienną porcją memów – zawsze trafia
w punkt.
Zaprawdę bowiem wiele zawdzięczamy tym, których nie kochamy,
tym, co ich już nie kochamy i tym, co to ich nigdy nie pokochamy.

Wdzięczność to w ogóle wdzięczny temat przy okazji Świąt Bożego Narodzenia, które to już czują na karku oddech Nowego Roku
i wszelakich podsumowań, także tych za co lub komu podziękować winniśmy.
Amerykanie, jako pierwsi do wszystkiego, zaczynają być wdzięczni j
w listopadzie, wraz z wjazdem indyka na stół.
Nigdy nie byłam w “ju-es-ej”, ale wydaje mi się, że to święto polega naprawdę głównie na spędzeniu wspólnie czasu z najbliższymi, bez napinki kto dostał osiemdziesiątą parę niepotrzebnych skarpet, komu się udał sernik, kto wylał barszcz na śnieżnobiały obrus, a kto użył złego majonezu do sałatki jarzynowej.
Ale ale… o świętach za chwilę.
Wprowadźmy nieco czasowego porządku, gdyż znowu mnie tu długo nie było.
Podsumuję Wam tę nieobecność krótko i treściwie: nowa praca, przeprowadzka i pierwsza jesień w żłobku dziecka. Tyle o tym. #ktomazrozumiećtenzrozumie

Kajam się i z pamięci wylistować chciałabym kilka ważnych punktów zwrotnych, jakie w tej pauzie się wydarzyły, uporządkuję je jak zwykle
bez żadnej specjalnej chronologii, ot tak, jak to podpowiada mi je mój chaotyczny mózg 🙂

1. Ostatni wpis publikowałam latem,wczoraj wystartowała astronomiczna zima. Wniosek: przespałam z wpisami jesień. Jak nie-zimowy miś.

2. Serial Klan ma nową czołówkę. #niewiemdlaczegojesttowczołówcemoichwspomnień
Kultowe wykonanie Ryszarda R., wyryte w głowach członków każdej szanującej się polskiej rodziny, zostało zastąpione przez gniot na niezwykłą wręcz skalę. Ja ogólnie, czego niektórzy z Was mają świadomość boję się horrorów. Bałam się też odtworzyć to coś na YT. Zdjęcia bohaterów w formie funeralnej a w tle fałsz na fałszu fałszem pogania. Jeżeli za czołówkę uznamy tu zderzenie czołowe z klasą i kunsztem – to fakt, była to czołówka i Klan nie wyszedł z niej cało.
#niemacozbierać#czasemchceszsiępożalićaleniemaszdokogo
#amożetopoprostuczołówkanamiaręfabuły #tylkoRyśkaszkoda
Mój ulubiony komentarz w tym temacie, to deklaracja jednego
z Internautow, iż przebierze się za tę czołówkę na Halloween.
#oddałabymwszystkiesłodyczeposiadanewdomu
A w ogóle to Hawranowy tata, Klanu nawet nie nazywa po tytule, tylko
(jako, że zawsze był to jego guilty pleasure) mówi o nim: “ten serial, co go mama oglądała…” #zawoalowanydiss

3. Toys for girls and boys.
Jako matce 3-latka, na co dzień jest mi bliska tematyka zabawek.
Tak mi się przynajmniej zdawało.
Do czasu, gdy ujrzałam, w JEDNYM BLOKU REKLAMOWYM, następujące “pomysły na prezent” : flaming dokonujący defekacji na przezroczystej toalecie, bobasy przepoczwarzające się w motyle, Hela – “foczka do ocalenia” i świnka do wyprowadzania na smyczy.
Internet dołożył: wynalazek pod tytułem”Grzesiu Glut“- grę polegająca na niczym innym, jak wyciąganiu glutów z nosa zabawce, “Kupę śmiechu” – czyli przepychanie zabawkowej toalety z całą rodziną i, last but not least – Brzydala, czyli zabawkę nawet nie śmieszną, lecz niebezpieczna, gdyż nawołuje dzieci do agresji.
W tym momencie cieszę się, że moim głównym problemem jest “gdzie pomieścić wszystkie posiadane przez Bombelka hot wheels’y?”.

4. Patrząc na punkt pierwszy, jesień za nami, a więc:
-kłótnia o to, czyj znicz ładniejszy – odbębniona;
-obrabianie tyłków pomiędzy odpalaniem lampionów – checked;
-cukierki z Halloween, te wegańskie, bezglutenowe, organiczne
i klasyczne-zeżarte;
Pumpkin Spice Latte w Starbuniu- zdjęta z tablicy “mast hef”;
-jesieniary obkocykowane;
-pierwsze odsłuchanie “Last Christmas” – dokonane;
-Beata K. – przyłapana #szklankawódy;
Pożegnaliśmy też:
-paliwo poniżej 5 zł
-facebooka i instagrama na kilka godzin #cóżzaczasdlatwitterainaszejnieistnejącejklasy
– i marzenia co niektórych, że nugat lub kawowe wygrają plebiscyt na najlepsze Merci. #teampralina #imajonezwiniary #isałatkabezgroszku #isernikbezrodzynek
Wniosek: przed nami zima i święta, czyli Kevin na Polsacie, konkurs,
kto pierwszy zaleje się (barszczem) przy wigilijnym stole i dyskusje
o przewadze diesla nad hybrydą czy też na odwrót.

5. Małgorzata R.M. i Radosław M. zdążyli już zaliczyć wigilię.
Po prostu rozłożyli się z majdanem na stole i pod choinką w tak zwanym przed-terminie. W Sylwestra obstawiam obchody Walentynek. #aplebsjeszczeuszekniepolepił

6. Bloger, co go lubię i cenię – Pigout -stwierdził, że jedna czekoladka dziennie z kalendarza adwentowego to #notenough i  zdążył przetestować kilkadziesiąt rodzajów słodyczy ze sklepu, do którego mi z wioski pod Wro nijak nie po drodze. #zazdrociastekzBounty #itychzTwixem
Wydawałoby się więc, że ma minusa, bo ja tu skazana na standardowe dyskonty mogę tylko oglądać live z testowania.
Ale pierwsze zdanie, że lubię i cenię jest aktualne, bo okazuje się, że tenże sam Pig, całkowicie przypadkowo sprzedał mi kawałek roku (był utwór tenże filmikiem-tłem z jego wyprawy do Włoch – btw kolejne zazdro, wiadomo jak ja się odnoszę do podróży do Italii – z uwielbieniem) -> In the End.
To LinkinParkowe In The End, ale w wykonaniu/ feat. Fleurie i Jung Youth (prod. Tommee Profit).
Nie mam spotifaja (#ban #taksamojaknatiktoka), więc nie zaświecę Wam tegorocznym zestawieniem, ale na słowo możecie mi uwierzyć, że ten utwór, na przemian z Wrecked wyimaginowanych smoków (Imagine Dragons, przyp. red.), lecą zapętlone od tygodni.
#jakzawszedalekomidowesołychtekstówimelodii
Także w sumie bilans wciąż na plus i Pigout może liczyć na jakiegoś Lindta (nie z Dealza niestety bo daleko…) u mnie.

7. Self apriszijejszyn  punkt.
W punkcie siódmym śmiem dołożyć nieco samouwielbienia, gdyż zdołałam wciągnąć do swojej akcji Mikołajowej sporo korpo-ludków
i ze wsparcia dla jednego juniora i jednego seniora rozkręciłam przedsięwzięcie, które sprawiło, że paczki Mikołajowe dostała siódemka dzieciaków, a senior dostał takie bonusy, że sam Santa Claus by tego nie ogarnął. #gituwa (wyrażenie aprobaty przez młodzież, przyp. red.).
Tylko karma trochę “is a bitch”, bo po zakończeniu akcji najechałam
na gwoździa i sama w Mikołajki o 8 rano sprezentowałam Panom
z warsztatu hajs za jego usunięcie z opony.
Chociaż tyle, że wjechałam na kanał bez kolejki, bo jakiś Pan Anżej (imię nie zmienione) zapomniał, że ma przyjechać w Mikołajki na zmianę opon. Zapomniał też o szczepieniu 3-cią dawką najwidoczniej, bo jak warsztat do niego dzwonił, to myślał, że szpital dzwoni,
w temacie fajzera. #karmapołowiczniebitch

8. Nie jestem damą.
Niby człowiek wiedział, ale się łudził.
Jednak dzieńdobrytefałen rozwiał wątpliwości, zapraszając do studia specjalistkę od etykiety (nie tej na ciuchach, tylko tej bątąpierdą), która to uświadomiła Polsce, że:
-kanapki to zło
-bułki w hotelu na śniadaniu kroić nie wolno
– masłem kromki smarować absolutnie nie należy
Ciekawe co by powiedziała, jakby widziała mój standardowy poranek, czyli przekrojoną bułkę- posmarowaną grubo masłem – na to położony pasztet – i pomidor – która to bułka czasem spada mi (zahaczając pomidorem o spodnie) na podłogę- masłem do dołu. #pewniezostałabymzesłanadoprojektuLejdi
Jak mawia młodzież moje zachowanie mrozi (reakcja na coś żenującego, przyp. red.)

9. A poza tym:
-inflacja zap******* niczym kierowcy wyścigowi w Monako (lub polscy celebryci na krajowych drogach);
-Lewy nie dostał piłki, takiej złotej a skromnej, za to dostał jedną gwiazdkę na guglach, od gościa oburzonego, że nie gotuje on w swojej własnej knajpie;
-Krzyś I. ma kolejną żonę, która mimo, iż pewnie ledwo co studia skończyła i tak wygląda poważniej od niego (#czarpar);
-jakaś Socha, nie Małgosia,tylko dziwna działaczka czegoś tam, założyła zbiórkę w Internetsach na … sprzęgło. Bo spaliła. Tygodnik Nie bardzo słusznie zalecił jeszcze wymianę płynu w kierunkowskazach. #jeździćnieumiejo #wstyduniemajo
– żona Jacka K., tego od “ciała obcego w dziąśle” ma czekoladę z Lindta dowożoną na pstryknięcie palcem, @Pigout, pewnie z Dealza też jej wszystko dowożą jak prezes tefałpe każe…#skandal
Mi paczkę, z czekoladą lub bez, dowiezie kurier Julian, z depede,  jak se ją  za-mó-wię #rymwdym
-Bożena D. przedawkowała coś na Wspólnej i reklamuje lit jako sposób na depresję #odklejonaodplanszy
-jakaś ginekolog mama czy mama ginekolog jest mamą, ale ginekologiem już niekoniecznie #cotusięodginekologowało?
– do rzepiar i słomiar dołączyła zodiakara, wierząca, że połączenie
Panny ze Skorpionem może nie być korzystne i na pierwszej randce rozrysowuje konstelacje i nawija tylko o numerologii;
– za nami black friday, czyli kupmy, kupmy, zanim dotrze do nas, że to bez sensu;
-premierro dalej nie wie po ile chleb;
-gubię się już w wariantach kowida i numerkach lockdownu; #ależedyskotekizamknięte…

I to by było chyba dzisiaj na tyle. W zaganianiu przedświątecznym i tak pewnie nie macie czasu na epopeje.

Chciałabym jeszcze, tytułem końca, nawiązać do początku i wyrazić wdzięczność dla kilku firm, które w roku 2021 okazały się być nadzwyczajnymi, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, pod kątem podejścia do klienta i w ogóle. Nie jest to żadna współpraca, tylko pokłosie dobrego wrażenia klienta. Szacun dla nich:
– Kulka Bransoletki : https://www.kulkabransoletki.pl/pl/
– Cocon Cotton : https://coconcotton.pl
– Moi Mili: https://moi-mili.pl/
– Coffeeforyou: gdyby ktoś jakimś cudem o nich jeszcze nie wiedział, to naprawiać błąd: https://coffeeforyou.pl/

Także tego…
Merry Xmas dla Was i Waszych najbliższych.
Niech Wam się udadzą wszelkie serniki, łuski od karpia niechże bogactwo finansowe przyniesą i nie zwracajcie uwagi na plamy na obrusie.

Wesołych!

Hawran

 

 

 

 

O hazardzie w korpo, braku chleba w WARSie, małym chińskim zwiadowcy i odległej Żabce.

Zdarzyć się mogło.
Zdarzyć się musiało.
Zdarzyło się wcześniej. Później. Bliżej. Dalej.
Zdarzyło się nie tobie.

Wisława Szymborska, Wszelki wypadek

Zdarzyło się mnie!
Wiele rzeczy, które sprawiły, że pisanie znowu wylądowało gdzieś
na szarym końcu priorytetów.
A to jakiś ciężki egzamin (zdany!), a to wysłanie dziecka w ramy przedszkolno-żłobkowych instytucji ( a co za tym idzie pierwsze rysunki i…infekcje przytargane od innych dzieci, które jeńców nie biorą i rozłożyły też rodziców), załamywanie rąk nad rynkiem mieszkaniowym oraz,
last but not least, zmiana pracy… Po 9 latach, 3 miesiącach i 14 dniach!
Stało się i aj-bi-em przestał być moją firmą-matką.  Prawie jednej czwartej części swojego życia właśnie macham na pożegnanie, zostając z masą wspomnień i dobrych kontaktów w społecznej sieci.
Jak to z matkami bywa – czasem bardziej kochasz a czasem bardziej
Cię denerwuje – tak też było i tu. Mix rzeczy złych i dobrych, ludzi wspaniałych i takich trochę mniej.
Ogrom śmiechu, trochę łez i fakapów.
Dużo wypitych…kaw. Z mlekiem. Tym, co szczęśliwie w danym dniu nie zaginęło. To w zasadzie, jakby  się zastanowić,  zawsze była loteria:
ile ubyło dziś, bo ktoś sobie “użyczył”? #jakiekorpotakihazard
Ogrom zjedzonych ciast “z każdej możliwej okazji”, pochłoniętych
w stresie batoników z automatu, który też “działał” na pograniczu “hazardu”. #Snickerswypadnieczymaszynawciągnie2złoteinicnieda
Kilka działów, kolorów włosów i pseudonimów. Do starego dobrego Hawrana ludki z korpo dołożyły: małego chińskiego zwiadowcę, japońską księżniczkę i Kluskę (cienką, rosołową nitkę).
Kilka zaginionych sztućców. Sporo jedzenia, którego nie odnalazłam
w lodówce, mimo głębokiego przekonania, że kilka godzin wcześniej
je do niej wkładałam.
Fragment poręczy spadający na środek mojej głowy z piętra wyżej,
w trakcie próbnej ewakuacji (trafiona ja- jedna na 1000 osób/ skutki uboczne do dziś nie do końca rozpoznane).
VIPy na dzielni, jak na przykład Vateusz M. (znany w pewnych kręgach już wtedy jako premier), które, mimo Borowików ochronnych, nie zdołały ominąć 3 nerdów wracających z Lidla z siatkami wypakowanymi serkiem śmietankowym, kajzerkami i kilogramem pistacji z promocji. #BORnieumiewkorpo
Imprezy teamowe, z których wylatywałam na skrzydłach (dosłownie machałam rękoma niczym ptak/ ul. św. Antoniego pamięta). Moce uskrzydlające zapewniały shoty “porn star” z nieodżałowanej, zamkniętej już  niestety na stałe, Szajby…
Na zawsze zapamiętam symbol żelkowego-Szajbowego-misia przesłany
mi, w poranek po ptasim locie,  przez przyjazną duszyczkę, (gdy na jednym z niewielu kac-y w swoim życiu, wisiałam nad miską na pranie,
bo do łazienki było za daleko), z zapytaniem:
Hawran, czujesz się dziś jak porn star? 🙂
Ale przede wszystkim te 9 lat to ogromna ilość wspaniałych ludzi, bliższych, dalszych i najbliższych, którzy zatrzymali mnie w tej firmie
na tak długo.
Ludzie uroczo widzący po imprezie “wszechświaty równoległe”,
Ci, z którymi można było bezkarnie jeść rurki z nadzieniem czekoladowym, pograć w planszówki po robocie, pogadać o żadorach, landlordach
no i ofkors o dedlajnach. I will miss u!

Ostatnio udało mi się jeszcze, w ramach wycieczki z firmy,  załapać na wspomniany wyżej egzamin, który jest z perspektywy tego wpisu niezwykle istotny, gdyż przez to, że odbywał się w stolicy, (a nie chciałam męczyć się podróżą samochodem i szukaniem miejsca do parkowania
w WWA), mogłam powrócić na chwilę do tematu, który generował masę obserwacji do bloga w przeszłości, a mianowicie PKP.
Zdecydowałam się bowiem pojechać na egzamin pociągiem i przy okazji prze-egzaminować koleje państwowe z tego, jak sobie radzą w dobie pandemii.
W przeciwieństwie do mnie, pe-ka-pe nie do końca egzamin zdało…
Do stolicy jechałam klasycznym interSITI, wracałam zaś szumnym(szumiącym) Pęd-O-lino.
Klasyczne IC pełne paradoksów, czyli biznes as jużual.
Ludzie stłoczeni w jednym wagonie, dwa inne wagony zupełnie puste.
Klimatyzacja w stłoczonym wagonie nie do naprawienia, trza otworzyć okna, bo przy prawie 30 stopniach na dworze, szybciorem nie ma czym oddychać, a nawet jeszcze nie dojechaliśmy na Wrocław Brochów.
W końcu dostajemy złotą radę – mogą Państwo przesiąść się do innych wagonów, bo jest dużo wolnych miejsc (odkrycie Ameryki).
No to hop, przesiadka. W kolejnym wagonie zaś, załoga przejęta ciepełkiem w tym “oryginalnym z biletu”, ustawia temperaturę na przeciwnym końcu skali. Skali: Syberia. Zimą.
Organizm normalnego człowieka wariuje.
Z tego wszystkiego myślę sobie: dobra, zmusili mnie, idę do WARS-u, pierwszy raz w życiu. Może tam lodówka i kuchenka wygenerują przyjazną człowiekowi atmosferę.
Temperatura do zniesienia. Gorzej z resztą.
Głodny człowiek (ja) zamawia kanapkę. I słyszy: “nie ma kanapek.
Nie ma chleba. To znaczy jest chleb, ale tylko do żurku”
. #Barejawiecznieżywy
Nie chcę żurku. Na pocieszenie biorę chipsy. Nie można płacić kartą,
bo akurat ta część trasy przebiega w lasach i nie ma zasięgu,
więc terminal leży smutny.
Wyciągam gotówkę, biorę chipsy i dostaję… bardzo mało reszty.
Bo w WARS-ie jeżdżą najdroższe chipsy świata. Przebiły nawet te z portu lotniczego.
Ale skoro już wzięłam do ręki szeleszczącą paczkę, no przecież
już jej nie oddam. W lodowatym wagonie będą mi jedyną pociechą. Uboższa o wiele monet wracam do zimnego wagonu. Rozgrzana ceną za oszukaną, wypełnioną do połowy powietrzem, paczkę odczuwam mniej chłodu
z klimy.
Jem masło wiejskie z solą w postaci chipsów, a w zasadzie, za tę cenę, delektuję się nimi.
Wtem słychać z głośnika: “Drodzy Państwo: mamy opóźnienie techniczne. Proszę się jednak nie martwić. Opóźnienie jest wliczone w czas podróży…”.
W sumie, jak się tak zastanowić, to byłoby to świetne hasło reklamowe polskiej kolei: “Pe-Ka-Pe. Opóźnienie wliczone w czas podróży”.
W drodze powrotnej Pęd-O-lino też technicznie się spóźniło. Ale nie to było w nim najsłabsze. Najmniej komfortowe było to, że miejsca na nogi było
w nim mniej niż w klasycznym ICeku. I mówi to osoba z wcale nie najdłuższymi nogami na świecie.
Wniosek: w PKP jak było – tak jest. Poziom europejski jeszcze za tymi lasami z WARSa.
W samej stolicy jak zwykle dobre wspomnienia (przypominam, że jestem fanką Warszawy i ludzi w tymże mieście, więc zero ironii).
Ciepłe pączki na Chmielnej, najlepsza na świecie Pani z Żabki, która
pół godziny przed egzaminem mówi, że wylosuje mi największego Laguna,
tfu croissanta, jakiego ma dostępnego, żebym miała dobry dzień. Do tego przepyszne koktajle we Wrzeniu Świata i niesamowite jedzenie
w Niecodziennej Sadybie.
Sadyba cała zaczarowana, od magicznego szlaku latarni gazowych
i w ogóle WOW.
I tylko willi Elżuni /apteki pod Modrzewiem z Klanu brak.
I szokująca wiadomość od gugla, że willę “grał”kompleks willowy RENATA z Podkowy Leśnej. #jakniewielewiemjeszczeożyciu
Z cyklu wiedzy do uzupełnienia – muszę też lepiej zapamiętać sobie
to,iż  ludzie w stolicy mają inne poczucie odległości niż śmiertelnicy
z innych miast.
Przekonałam się o tym, gdy desperacko poszukiwałam Żabki na Mokotowie (nie po alkohol!), po godzinie 22 i napotkana Pani rozbudziła moje nadzieje mówiąc: “no tu jest taka osiedlowa żabka, niedaleko, po lewej stronie,
za krzyżówką ją Pani zobaczy”
. Zobaczyłam… 4 skrzyżowania i 2 km dalej. Dodam dla zwiększenia dramaturgii, że miałam już na ten moment nieco obtarte stopy od nowych butów. Przecież do stolycy w starych trampkach pojechać nie wypadało. Trzeba było, jak niegdyś na niedzielę, kazary za ostatnie złotówki wyciągnąć z pudełka.
Na szczęście już prawie nie pamiętam o tych obtarciach, więc no hard feelings stolico.
Po powrocie do Wrocławia standardowy wakacyjny świat, rozkopane całe miasto, wytramwajenia, osiedlowe inby, korek na korku i agresywni kierowcy.
A skoro o inbach mowa, to teraz głównie na tapecie te związane z EURO 2020(1).
Te na boisku to wiadomo. Szok, że Polska odpadła…(Plażo proszę, jak rzekłby klasyk PigOut), czerwone kartki, granie dosłownie “do własnej bramki” etc.
Ale są i inne. Ot choćby marketingowe. Cola ble, mówi Kristiano.
Agua mówi. Ja bym powiedziała Pepsi, zamiast Agua, ale nikt mi nie płaci, więc tylko napiszę.
W wielu polskich domach też drama na dramie. Czy wystarczy piwerka
i czipsików, w razie dogrywki i ewentualnych karnych?
Czy Janusz zdążył po sześciopak za złotówkę w Biedrze, czy jakaś husaria
z innej ośki go wyprzedziła?
W telewizji: studio przed meczem, studio po meczu, studio w trakcie meczu, przerywane reklamą wyżej wymienionego 6-paka, studio nad meczem i studio pod meczem. Analizy rozrysowywane kolejno przez: trenerów, byłych piłkarzy, analityków biznesu i przypadkowo przechodzących pod tefałpe ludzi.
Kawał ramówki tejże stacji zajęte przez studio. Reszta musi szyć wakacyjny sezon ogórkowy ukrytą prawdą zdrad i szpitala, lub tureckim tasiemcem rozbitym z 360 odcinków na 1290 krótszych.
Wracając do tematu studia – każdy w domu ma, OCZYWIŚCIE swoich komentatorów:
“no w klubie za kasę to gra, w reprezentacji mu się nie chce” , “patrz jaka wags, we loży  VIP, złotem obwieszona”, “o, Ed Sheeran na trybunach”, “patałachy,
jak oni grają?’, “z czym do ludzi?”, “marzą o szybszych wakacjach”,
“a w Bajernie to strzela”, “co ten Wojtek odpi******?”za czasów Górskiego
to grali”
i nieśmiertelne: “nic się nie stało”.
Przez to EURO to nawet  o innych inbach niezbyt głośno.
Przebić się zdołała tylko “moda na brzydotę” (podpowiem, że wracamy
do tematyki Klanu,a  konkretnie Bożenki).
Tyle już o tym napisano, że w zasadzie nic nie dodam odkrywczego.
Najlepsze podsumowanie zrobiła Kasia Nosowska wraz z mopsem Jadzią
i do nich odsyłam.

Pamiętajcie, jedzcie cytrusy, dobrze obstawiajcie mecze, wygrywajcie bitwy w Lidlu o cokolwiek potrzebujecie powalczyć i  kochajcie się takimi jakimi jesteście!

A jakbyście chcieli umilić sobie czas w domu dobrym zapachem, ja, jako fan dobrych aromatów, polecam Wam serdecznie profil mojej znajomej Moniki, zwany Mięta przez Rumianek (pod taką właśnie nazwą znajdziecie Monię na fejuniu).

Mnie się udało nawet cytrusowy olejek od niej dostać, więc jak braknie pomarańczy i cytryn w Lidziu, to powdycham sobie w eterycznej formie.
Dla zdrowia i relaksu.

Tejk ker, czyli trzymajcie się ciepło (byle nie tak, jak w nie-klimatyzowanym wagonie pekapsa).

Podpisano:

Wasza Kluska (z pełnego  przemiału).

4 LATA!
TO DZIŚ!
Oby szczęśliwie udało się pisać przez 4 kolejne.
Może nawet z większą częstotliwością ?#hopeforthebestplanfortheworst

Tymczasem korzystajcie z pierwszego prawdziwie influenserskiego-dedykowanego kodu, jaki stworzyli dla mnie kawowi cudotwórcy
z coffeeforyou.pl
Kod brzmi: kawazsensem

#linkdoichstronyponiżej:

Strona Główna

Wesołego Zająca, albo i dwóch!
Hawran

O wytramwajeniach, minucie driftu, dopływach hasztagów, czterech latach bloga i “śledziu od ucha”.

"Nieprzyjazd mój do miasta N.
odbył się punktualnie".
Wisława Szymborska, Dworzec

Zawsze gdy czytam wiersz, którego fragment macie dziś na wstęp zaserwowany, zamieniam w swojej głowie literę N na W (jak Wrocław).
Wiele bowiem było przejazdów koleją na trasie Legnica-Wrocław/ Wrocław-Legnica, które z punktualności brakiem  lub nie-przyjazdem całkowitym się wiązały, na przestrzeni mych lat studenckich
i tych po-studenckich.
W samym Wrocławiu zaś, gdybyśmy zamienili, na chwilę,
pociągi na tramwaje, to,  jak już tu kiedyś wspominałam, i co nawet odnotowano oficjalnie,  na szanowanym przeze mnie profilu Make Life Harder – podobne nieprzyjazdy są, nie-poetycką niestety, codziennością.

Nie bez przyczyny więc, na fejsbuniu, znajdziecie genialne konto pod nazwą: “Czy wrocławskie MPK dziś już jebło?“. Nie bez kozery też ma ono liczbę fanów przekraczającą 50 tysięcy. Zasłużenie całkowicie.
Szara strefa pasażerów bez fb, dotkniętych tym problemem, jest na pewno liczna, więc w realu fanów konta na pewno byłoby więcej.
Możecie tam zakupić sygnowane katastrofą komunikacyjną: koszulki, torby, kubki i kalendarze.
Wpsierają oni również zbiórki na EKOSTRAŻ, więc szanuję ich niezwykle mocno.
A poza zacnymi akcjami, na co dzień dostarczają po prostu masę uśmiechu, nawet jeśli jest to śmiech przez łzy pasażerów, kierowców i motorniczych.
To dzięki nim poznałam słowo : wytramwajenie (wykolejenie tramwaju),
a także finalistów konkursu na jego synonim:

1. PRZETRASOWIENIE
2. TRAMWEXIT

3. TRAMSGRESJA

Czasem ich krótki komentarz do zdjęcia, typu: bęc, jebło, zdech (bez “ł”), wysiadka, mówią więcej niż 100o słów.
Często również ich komentarze nawiązują do szeroko rozumianej kultury:
film: bo to zła zwrotnica była
muzyka: ” NIE mkną po szynach wrocławskie tramwaje”

Komunikacja miejska we Wrocławiu to zawsze był bliski mi temat.
Po dziś dzień jestem w tym mieście komunikacyjnym ninją. Tego tytułu
się nie traci, jak złotego medalu z Olimpiady,  choć próbują mnie zepchnąć w cień aplikacje typu “jak dojadę” i te pe.
Ale jak przychodzi co do czego, to ja, z pamięci, jestem w stanie przedstawicielowi młodszego pokolenia wyrysować mapkę: przez ile przejść dla pieszych ma przejść, żeby dojść do przystanku, z którego tramwajem takiej
i takiej linii dotrze w takie i w takie miejsce. #mapawełbie

To od opisów autobusów, ich nie- przyjazdów, zasypiających na pętli kierowców lub tych, którym trzeba było zgłaszać, że źle pojechali, etc. zaczynały się moje wpisy na tym blogu i dookoła nich oscylowały moje pierwsze skojarzenia z Wrocławiem.
A prowadzi nas to płynnie, jak dobrze ustawiona zwrotnica, do części tegoż wpisu, gdzie chciałabym wspomnieć, iż za kilka dni, 2 kwietnia 2021 roku, miną dokładnie 4 lata od momentu wrzucenia na opłaconą (własnymi pięniędzmi) domenę pierwszego wpisu (a nawet dwóch! , taka była czasowa rozpusta).

Także za nami pierwsza rocznica kowida, przed nami czwarta rocznica bloga, a dziś, 22 marca Światowy Dzień Wody (dobrze, że nie lania wody).

Przejrzałam sobie ostatnio kilka pierwszych wpisów na łamach Czystego Nonsensu i stwierdziłam, że jest to dobry czas na kilka podsumowań,
co się zmieniło na przestrzeni tych 4 lat (w tym jednego roku pandemii).

Jak zwykle, w punktach:

1. Nadal:
– “myślę potokami” – z dopływami #hasztagów
–  uwielbiam trampki i wiosnę
–  ubóstwiam słowo “melepeta”, ale nie znoszę melepetów i ciućmoków życiowych ( i uwaga, nie tak dawno temu pewien młody człowiek, przy wejściu do sklepu powiedział do swojej ekipy:
nie trawię tego gościa, to melepeta w ch**!”, czym zaskarbił sobie moją sympatię [że zna to słowo]). #gimbyjednakznajo
– śpiewam w aucie
– chętnie przyjmuję żółte tulipany

2. Dobytek:
– materialny: do blendera, odkurzacza i wyciskarki do soku dołączyło trochę mebli z IKEI i złoty łańcuch, piętnaście razy cieńszy od tych, co noszą raperzy
– nie-materialny: parę nowych zmarszczek mimicznych

3. Dom
– ten nie-wynajmowany właśnie się szuka, tylko ceny w sasinach, więc…
– w porównaniu do początków bloga wzbogacił się o dwóch mężczyzn. Jeden z nich nawet przybył na ten świat z moją pomocą.

4. Wciąż nie lubię maziatych ciast (czyli ciast z kremami).

5. Wciąż generatorem najlepszych tekstów na świecie jest Hawranowy tata.
Chodzący mem słowny. Tylko bez kont w necie.
Kto inny przekręci filmowe, VaBanque-owe ucho od śledzia na hasło:
“śledź od ucha”,no kto?
Kto, jak mu mówisz, że chciałabyś zmienić pracę powie Ci (zamiast, Uważaj, żeby Cię nie wykiwali) : “Uważaj, żebyś się nie wykitowała?”.
To także w wyniku przekręcania przez niego nazwisk skoczków narciarskich (Dmitrij Wasiljew + Noriaki Kasai = Kasajew) powstał aktualny pseudonim mojego syna: Moczimoko (nie mogę rozgryźć genezy). #Kevinysięchowają

6. Wciąż zalewam płatki tylko ciepłym mlekiem (Pigout nie zrozumie, ale ufam, że nie będzie oceniał).

7. Jak usłyszałam ostatnio w domu, podobno nie ma takiej grubej rolki ręcznika papierowego, której bym nie podołała. #mamgestwlistkach. 
Ale nawet jak “urwę trochę więcej papieru”, to  dbam o ekologię inaczej: biorę szybkie prysznice, nie maluję się, więc nie marnuję wody na zmywanie tapety, nie wyrzucam śmieci w lesie i zaczęłam kupować i sprzedawać ciuchy w ramach Vinted.
Oprócz kilku fajnych zdobyczy, Vinted czasem robi mi dzień, gdy widzę komentarz, z niepoprawioną autokorektą pod tytułem “sukienka żałosna tylko raz”. Prawdopodobnie miało się tam znaleźć słowo “założona”.
Ale pewności nie mamy…

8. Doceniam złotą biżuterię bardziej niż kiedyś.  Ale do whisky, opery i kawy bez mleka jakoś nie mogę się przekonać.

9. Dopiero ostatnio dowiedziałam się, że pewien hit z dawnych lat tłumaczy się jako: bielyje rozy (białe róże). Całe życie myślałam, że to białe jarozy (czymkolwiek miały być jarozy). #rakamakafołn

10. W pracy: jest kawa, mleko i łyżeczka (nikt nie podkrada w korpo),
ale nie ma ludzi, bo siedzimy na hołmofisach. Chyba wolałam poświęcić
pół kartonika mleka, niż opływać w luksusy kawy, co nie ginie.

11. Starski (znajdziecie go w jednym z dawnych wpisów),  z tego co wiem, nadal nie wynalazł filtra, który po zaaplikowaniu do mózgu, będzie podświetlał nam na zielono mijanych na ulicy ludzi, którzy potencjalnie mogliby być naszymi ziomkami. #szejm

12. Mało rzeczy mnie bulwersuje ostatnio w sieci. Celebryckie inby przycichły, dram, nie ma dram, nie ma dram, nie ma dram, nie ma dram,
nie ma dram, nie ma draaaam. Nie.

Ale na jednym z filmowych forów zobaczyłam ostatnio wpis kobiety, która stwierdziła, że to jest bardzo nie w porządku, że w bajkach dla dzieci jest tyle podtekstów dla dorosłych. Że cooo, pytam?
Przecież to jest sens wszystkiego, to drugie dno.
Zostawię tu tylko komentarz Pana, który wyraził swoje niezadowolenie
z tego, co zobaczył, jednym, jakże trafnym zdaniem skierowanym
do tej Pani: “musisz być mega zabawna na imprezach”. #badumtss

13. Punciak został zastąpiony przez Toyotę. Wiem, że o tym już było,
ale Punto in maj hart foreva i zawsze jest dobry moment, żeby uczcić pamięć o nim pun(k)tem we wpisie i minutą driftu.

14. Nie lubię zimnych kafelków pod stopami. #Futrzakbyłbydumnyżenienapisałamkafelek

15. Niezmiennie, jak w cytacie u Szymborskiej: “wiele zawdzięczam tym, których nie kocham”.

16. Wciąż mam sentyment do autobusu linii 103.

17. Bardzo lubię jak ktoś zamiast używać słowa jeść, mówi : futrować. Sentymentem słownym darzę też słowo”łachy” (ubrania).

Wpis ten dedykuję Oldze M. Za to, że wierzy w powstanie mojej książki, czyta mojego bloga, za to, że jest wspaniałym człowiekiem, i że zawsze czekam na recenzję od niej i potwierdzenie, iż odpowiednio mocno się uśmiała.

P.s. 1
Uważajcie na siebie w tej i kolejnych falach pandemii.

P.s. 2
Nie “szczelajcie w instrybutor”.

Sterylne pozdrowienia!

Wasz Hawran

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O świeżych frytkach, odwołanych lotach do Szwajcarii i o tym, dlaczego InPost myśli, że jestem paczką.

"Stoczmy się dzisiaj,
stoczmy się ciut,
zwitkaczmy się odrobinkę,
jak długo można w świecie złym
kretyńskim być motylkiem?"

A.Osiecka "Zbieśmy się"

Jutro Sylwester, więc jest duża szansa na większy od “setek” tak zwanego “zwitkaczenia” w narodzie.
Niestety zabraknie przy tym, lajw lub z plejbeku, akompaniamentu Maryli.
To pokazuje, że 2020 nie odpuszcza do końca.
A że do jego finału już tylko (aż) kilkadziesiąt godzin, wypadałoby zostawić jakieś podsumowanie.
W zasadzie wystarczyłoby napisać, że był to rok do bani, a nawet do
70 baniek prze******** na wybory, które się nie odbyły
i każdy skomentowałby to sobie na swój sposób.
Ale, że jeszcze nigdy nie wstawiałam tu tak krótkiego wpisu, czuję się
w obowiązku trochę rozwinąć bilans dwa tysiące dwudziestego.
Jak zwykle będzie nieco chaotycznie w chronologii, ale za to w punktach, więc choć trochę przejrzyście.  Wydarzenia poniżej mają różny stopień powagi i pochodzą z różnych sfer życia.

1. Tyle lat Kevina na Polsacie, a dopiero w ostatnie święta, mój brat (twórca wielu nowych wyrażeń i tytułów, który to niegdyś zamiast powiedzieć,
że oglądał program Twoja twarz brzmi znajomo, rzekł, iż widział program Twoja twarz brzmi dumnie…) komentując ramówkę bożonarodzeniową stwierdził, że jutro obejrzymy “Kevina w Nowym Domu”.
To chyba jakiś dodatek. Świąteczny, hehe.

2. Gastro-tip: najlepsze kasztany są na placu Pigalle, a najlepsze frytki pod złotymi łukami jadłam 27 grudnia, przed południem.
Gdy wszyscy dojadają jeszcze sałatkę jarzynową (nie powiem, resztka
u mnie też wciąż czeka w lodówce), w Maku świeżość produktu dosłownie jak z reklamy.
#brakzwiotczałychfrytek

3. Sylwester.
Tajmfrejm od godziny 19:00 31 grudnia do 06:00 w Nowy Rok można podsumować hasłem: wiem, że nic nie wiem.
A ponieważ ja nie śledzę wszystkich serwisów informacyjnych na bieżąco, to już w ogóle najbezpieczniej będzie jak zostanę w domu w tych godzinach, bo już się pogubiłam, czy można się przemieszczać czy też nie,
czy to od woli policjanta będzie zależeć, czy dostanę upomnienie czy też mandat na 30 tysięcy złotych polskich i czy w ogóle moja potrzeba wyjścia
z domu będzie uzasadniona. Niby nie ma godziny policyjnej, ale jest zakaz przemieszczania, choć też nie do końca, bo premier ostatecznie tylko ładnie poprosił o odpowiedzialne społeczne zachowanie. #ogółemmajndf***
Oczywiście za tym wszystkim poszły już “Polaków sposoby na obejście systemu”, nowe memy, sprzedaż toreb UberIts i tak dalej.

Ja powiem tylko tak, wyjątkowo, w ten dzień, nie traktujmy następującego cytatu Agnieszki Osieckiej z utworu “Żywa reklama” dosłownie:
“Nie drżyjmy.
Nie kryjmy
dzioba w piasek.
Ukażmy się w mieście
bez masek!”

#nośmaseczkę

4. 2020 – czas przed pandemią.
Ledwo pamiętam taki wycinek czasu, mam wrażenie, że to zamknięcie trwa już wieki.
Ze skrawków wspomnień wychodzi iż:
– zdążyliśmy zjeść kolację w jednej z bardziej fensi restauracji wrocławskich, gdy już zamknęli kina, a jeszcze nie zdążyli knajp #tylewygrać
na badaniach okresowych, przed powrotem do pracy, w placówce medycznej wysiadł prąd (znaki przepowiadające)
-stream gali Oscarowej zaciął mi się na najważniejszych kategoriach
i za cholerę nie wrócił #noczmarnowana

5. Najlepszą rzeczą, jaką obejrzałam w tym roku, był Netflixowy dokument: Formula 1. Drive to survive.
Bezsprzecznie.

6. Najczęstszy punkt przebywania, inny niż dom: tyły Castoramy (spacerowo), osiedle domków imitujących te amerykańskie (niedaleko Castoramy), Paczkomat (obok Castoramy). #ipomyślećżeniemamtamżadnychzniżek #skandal
A pod koniec roku przy Paczkomacie byłam tak często, że InPost stwierdził, że w zasadzie już chyba sama zamieniłam się w paczkę (rozmiar mały):

7. Paczkomat był mi drugim domem między innymi w związku z kilkoma akcjami około-świątecznymi, które uważam za jeden z najjaśniejszych punktów tego roku. #możnaonichpoczytaćwpoprzednichwpisach

8. Odkrycie roku: coffeforyou.pl
Genialni ludzie i kawa.
Mam nadzieję, że zamówień będą mieli tyle, że odPALĄ własną plantację kawy.
Tego im życzę!

9. W połowie roku zdecydowałam się na objęcie roli sekjurity menadżera
w działce związanej z lotnictwem. #jatochybabymniemogłamiećrobotywktórejsięnicnierobi
Niestety przez pandemiczne ograniczenia – loty u klienta i do klienta tak jakby ograniczone.
I nie będzie, jak w VaBanku – “Szwajcaria, tu się oddycha”.

10. Ulubiony mem 2020.
Nie da się wybrać. Nawet debest fajw się nie da ustalić. Za dużo dobra było
w Internecie w tym temacie.
Zacytuję więc ten, który pierwszy przyszedł mi do głowy: “kiedy bitu trzymasz się tak, jak Konstytucji”. Sam-wiesz-kto był na obrazku ilustrującym.
#ostrycieńmgły

11. A jak już jesteśmy przy memach, to muszę tu ogromny ukłon poczynić
w stronę Panów z Make Life Harder, którzy codziennie:
– dostarczają mi masę radości (memy i tym podobne)
– generują wiele dobra pokazując, gdzie potrzebna jest pomoc
– są moją główną bazą informacji o tym, co się dzieje w świecie i w obszarze obostrzeń
Paradoksalnie trochę robią mejk lajf izjer (przynajmniej w moim przypadku).

Końcoworoczne pe-esy:

p.s.1.
Uważajcie na siebie jutro od 19:00.
#niedajsięobłożyć #mandatem
p.s. 2.
Pamiętajcie: czegokolwiek  głupiego nie zrobicie, nie zdołacie już przebić Jacka od 70 milionów. #powstrzymajciezapędy #tujużjestpogaszone
p.s.3
Jedzcie gluten.
Mandarynki w tym roku jakoś słabe. Nawet cytrusy dopadł dwa tysiące dwudziesty.

Stej sejf!

Hawran