O małpach w złocie, kontrowersji interaktywnych zabawek, poszukiwaniu trzepaka i małym chińskim zwiadowcy.

"Jakże to miasto się odchamia… 
 Ileż tu pereł, złota, bzu… 
 Jakże ta ziemia wojny wchłania, 
 jakby nie było wojen tu!… 
 Tłuścieją zady naszych aut, 
 maleją stópki naszych dam, 
 i nawet gdyby Wojski grał, 
 nie grałby piękniej, niż ja gram. 
 Pachną perfumy znanych firm – 
 jest Nina Ricci, Antilope… 
 I najmodniejszy grają film, 
 i pod krawatem chodzi chłop". 

Agnieszka Osiecka: "Chodzony"

Ileż w tym cytacie “aktualności”…
Mimo, iż jest mym rówieśnikiem, czyli “trójkę” ma z przodu już od lat paru, to tak, jak ja – w ogóle się nie starzeje.

Zady aut tłuścieją, sama ilość “zadów” też coraz większa na ulicach, wszak jeden na rodzinę to co dla niektórych myśl niedopuszczalna (#skandal).

Perfumy też pachną – bardziej lub mniej oryginalnie, zależnie od budżetu.

“Ileż tu pereł, złota…” – i znowu w punkt! Błyskotki dostępne w zasadzie
na każdym rogu.
Ot choćby u przedstawicieli takiej jednej firmy, co to jej nazwa jest
na pierwszą literę (A)lfabetu i takiej co to:
ją stać na długie reklamy z celebrytkami, za dwa tysiące
pe-el-enów nie pracującymi,
może sobie pozwolić na  wysyłanie szampanów do innych gwiazd szołbiznesu z życzeniami “wesołych świąt” (#je*** biedę)
na lokowanie produktów w każdym programie tefał-enu kasiorę ma,
na wypłaty dla pracowników piniążka już nie ma i musi wołać Państwo
o pomoc.
Kilka szampanów mniej, jedna celebrytka zamiast trzech i budżet jakoś
by się spiął.
No ale widocznie doradzał tam w pi-arach ktoś, z trafnością sądów tego Pana, co to przewalił 70 mln złotych na wybory, które się nie odbyły.

Ja, jakby była potrzeba, drodzy przedstawiciele luksusowej marki powyżej, ekselka sklecę, z tabelami przestawnymi i vi-luk-apem tak, że budżecik
się będzie zgadzał. Wynagrodzenie przyjąć mogę w złocie. #pewnawaluta #justsaying #tylkopoważneoferty.

Back to cytat ze wstępu.

Osiecka pisze w nim też o mieście “odchamiającym się”.
I tu mam pewien dysonans…
No bo z jednej strony , jasne, ok, można rzec: teatry, kina, opery, eleganckie restauracje/a w nich degustacje, w czasach “przed-maskowych” pękały
w szwach:
-od ludzi naprawdę zafascynowanych daną częścią wysoko rozumianej kultury i rozrywki
– od tych, co to idą na Rigoletto, żeby w towarzystwie nie odstawać (przecież na salonach nikt normalny się nie przyznaje, że najchętniej ogląda Klan albo gra w grę, wcinając przy tym coś nie-wege, nie-bio, nie-zdrowego).

Ale z drugiej strony Ci, na pozór poważni ludzie, tacy bą tą pierdą, pracownicy wielkich korporacji, ludzie przy kasie ( i nie mówię tu o tej
w supermarkecie), w pewnych codziennych sytuacjach pokazują, że jednak słoma z butów wystaje im przysłowiowa i, jak to mawiała moja mama: “małpa ubrana w złoto zawsze pozostanie małpą” i, prawie równoważne:
“z g**** bata nie ukręcisz”.
Czytaj: kultura i empatia na pokaz.

Pójdźmy w przykład lokalny, z mojego osiedla, a raczej z osławionego fejsbuniowego forum, które ma już własne bingo (takie ekscesy i dramy
tu odchodzą).
W okolicach listopadowo-grudniowych pojawiło się tam ogłoszenie
o listach do Mikołaja napisanych przez dzieci z naprawdę biednych rodzin.
W żadnym z tych listów nie było roszczeniowości. Były marzenia.
I generalnie nikt nie zmuszał nikogo do brania udziału w spełnianiu życzeń z tychże listów.
Za to, jak to zwykle bywa w świecie internetowych trolli, musiała pojawić się jakaś oburzona obywatelka, która stwierdziła, że to już jest SKANDAL, żeby nastolatka prosiła o perfumy, wszak powinna już pracować i sama sobie odłożyć na takie rzeczy.
I poszła fala hejtu na organizatorkę akcji i na te listy. W trakcie trwania fali miała miejsce na przykład licytacja osiedlowa: “Kto wcześniej w życiu zaczął pracować na własne utrzymanie?” (rekordowy był chyba ten, co wystartował jak miał lat 13), a za tym poszłaaa już cała reszta, na przykład wytykanie,
że co jak co, ale marzenie dziecka o zabawce interaktywnej to chyba przesada (no ba, przecież każde szanujące się dziecko powinno marzyć
o wełnianych skarpetach albo fajniaku z gangu
). Ten nawias to oczywiście czysta ironia z mojej strony.
Później dołączyły głosy, jak to w Szlachetnej Paczce nie ma takich wymagań (edit: bulszit, bo są, jest nawet na to kategoria: życzenia specjalne, bo każdy ma prawo marzyć), i że tylko SP jest super.
Za tym poszła oczywiście kolejna licytacja: kto w ilu Szlachetnych brał udział. #facepalm
Poprzez branie udziału pewne nerdy z mojej firmy (znam gęby nie od dziś, bo na moim osiedlu 80% to ludzie z mojej korpo) mają pewnie na myśli wrzucenie dwóch złotych do puszki, którą ktoś jak ja (organizator akcji
na poziomie firmy) tworzył zmęczony po nocach (nie mając zdolności manualnych, więc podwójny szacun for me, że się nie rozwalały).
Już prawie wdałam się w dyskusję, bo paru cwaniakom należałoby utrzeć nosa, ale… znając cechy mieszkańców tego osiedla bałam się, że, ktoś
za utarcie nosa mógłby mi utrzeć/przetrzeć samochód. Albo dać po gębie pod wiatą śmietnikową. #pracujęwsecurity #muszęminimalizowaćryzyka

Zamiast tego, pohamowałam emocje i zrealizowałam z nawiązką list Mikołajowy jednej z rodzin (w którym była nie jedna, lecz dwie zabawki interaktywne! W pakiecie z wieloma innymi prezentami). #szachmatpaździerze

Dodatkowo zaangażowałam się jeszcze we wspomniane już na łamach bloga akcje: PigOutowe ratowanie świąt, (która wyszła nader wspaniale, no ale PigOut to ma zasięgi jak  5G a nie moje słabe E(dge), w zbiórkę na rzecz Domu Pomocy Społecznej w Łodzi i kilka pomniejszych.

No i mam całe auto, więc chyba w sumie nie-najgorzej to wszystko wyszło.

Jak już ogarnęłam się z prezentami dla nieznajomych, zaczęło się myślenie nad prezentami dla najbliższych.

I to jest ciężki orzech (włoski, z góry makowca) do zgryzienia. Szczególnie, gdy Twoi bliscy w zasadzie mają przysłowiowe wszystko.
Ale jako, że w pracy funkcjonowałam pod pseudonimem “mały chiński zwiadowca” i, jako socjolog z wykształcenia, mam dość dobre taktyki “wywiadowcze” – to już mam prawie skompletowane pakensy pod choinkę. #brawoja

W czasie tak zwanym pomiędzy, gdy dzieci odliczają dni do świąt
na kalendarzu adwentowym, udało mi się też wysłać parę “między-niespodzianek/między-miastowych” do ludzi, których cenię, i którzy robią dobre rzeczy w tych niedobrych ogółem czasach.

Aaa, i w międzyczasie, co ogłosiłam na fejsbuniu i instagramuniu – wpadłam na doskonały pomysł na tytuł mojej książki, co do której na razie mam właśnie tylko tytuł… (#nieodrazuRzymzbudowanoczytamKraków).

Będzie to (fanfary!): “Hawran do kawy! #historiapisanahasztagami”.

Wszak to cała ja: Hawran, kawa i hasztag.
Do kawy zazwyczaj wcinamy coś słodkiego.
Hawran bywa sweet.
No idealniej się nie da!

Ktokolwiek chciałby pomóc mi znaleźć wydawcę – piszcie o każdej porze dnia i nocy.
#taksobiemyślęczydamradę #apotempatrzęnaksiążkicelebrytów #howhardcanitbe #tylkoczasubrak

Wracając na chwilę do tematyki prezentów, to już kwestie bardzo indywidualne: co/kto/komu/kupuje.
Jest jednak pewna grupa społeczna, ta najmłodsza i pierwsza do buszowania pod choinką, czyli dzieci, z którymi aktualnie niby nie ma problemu,
bo zabawek, książek, puzzli, laleczek LOL i zestawów Lego jest bez liku,
ale żeby jednak trafić coś wartościowego, co przy okazji nie zepsuje jakości życia rodziców (szczególnie w czasach pandemii), to już nie takie hop siup, hip hop a nawet hula-hop, jak mawiał kiedyś ktoś w jakimś kabarecie.

I tu odsyłam Was do absolutnie genialnego artykułu PigOuta, pt.
“Jakich prezentów nie kupować cudzym bombelkom?”, dzięki któremu macie szanse i uśmiać się od ucha do ucha i uniknąć katastrofy jaką jest wydziedziczenie z rodziny za niefortunny zakup.

Jakich prezentów nie kupować cudzym bombelkom?

Osobiście polecam zakupy internetowe.
Szakirowe whenever i wherever się da.

Mieszkam obok dużego centrum handlowego i ilość ludzi
w nie-dystansie społecznym, z maskami na brodzie, zamiast na nosie,
co to czekają albo do kerfa albo do halfigera, by się na promki załapać sprawia, że tak, jak nad polskim morzem, stwierdzam: pandemii brak.
Telewizja kłamie.

I przez te tłumy i hordy żądnych towarów klientów, wędrujemy
z bombelkiem spacerowo po ciemnych tyłach Castoramy oraz Lerła,
bo na przedzie, w świetle, kółka od wózka dziecięcego nie wciśniesz.
Oczywiście część “kastomerów”parkuje pod naszymi blokami, zabierając tak cenne miejsca parkingowe i znowu na forum inby się dzieją, bo lokalsi, nie chcąc taszczyć się z torbami 5 km do bloku, parkują ryzykownie, balansując na krawędzi wytrzymałości innych mieszkańców (parkujących).

Rekordowy post,  z jawnym zdjęciem tablic rejestracyjnych źle zaparkowanego (wg jednej Pani) auta, osiągnął już około 60 komentarzy,
co, jak na to forum, jest bardzo dużą ilością. Wcześniej tyle komci miał niesmak o interaktywne zabawki.

Ludzie na mojej ośce zamiast myć okna, generują brudy na forum.

Otóż Pani Zbulwersowana miała problem z wyjazdem z miejsca parkingowego, bo Pan parkujący na przeciwko tegoż miejsca wg niej nie powinien tam w ogóle stać.
Załączone zdjęcie nieco ją pogrążyło, bo było widać, że przy dobrych manewrach wyjechać by się dało bez większego problemu. Na 3 razy,
ale jednak bez tragedii.
A więc, jak mawia Pigout: “Plażo proszę”,  we Włoszech by Cię nauczyli,
że albo parkujesz na milimetry i sobie radzisz z konsekwencjami tego,
że tak też parkują inni, albo giniesz). #badumtss
Niemniej jednak, jak już mówiłam; lubię swoje auto i nie chcę żadnej wendety, więc usiadłam z popcornem i obserwowałam rozwój wydarzeń
w sekcji komentarzy. #prawiejakwkinie #samochodowym #hehe

Na “ekranie” doszło oczywiście do wyciągania brudów z przeszłości.
Tata mojej mojej kumpeli skwitowałby to ostrzegawczym: “patrz z kim tańczysz!”(#ludzie pamiętają).
I okazało się, że nasza Pani Oburzona sama jakiś czas temu dostała,
w prezencie od Panów z firmy wywożącej śmieci, “worek” pod wycieraczkę za to, że zablokowała im przejazd. #karmaisabitch
Były też groźby sprawy sądowej (ujawnianie tablic rejestracyjnych bez zgody właściciela i dyskusja czy jest to naruszenie wizerunku czy nie), zaproszenia na naukę jazdy dla autorki posta, wzmianki o znajdowaniu prawa jazdy w czitosach,  linki o zniesławieniach,
hasła pod tytułem : “nie ze**** się” (nawiązujące do wulgarnego określenia związanego z załatwianiem potrzeb fizjologicznych) i generalnie “świąteczna, merry Xmas, atmosfera”. #hohoho
Powiem tyle: To był doskonały niedzielny przerywnik od prozy życia.

Tak sobie myślę, co tam jeszcze od ostatniego wpisu się wydarzyło,wartego wspomnienia…

O!, Cyberpunk miał premierę. Niestety jako człowiek, który nabawił
się traumy nie potrafiąc wyjść z jednego z pokoi w grze Max Payne 2,
nie wypowiem się na ten temat, bo gry nie mam i mieć nie będę. #generalnenołdlagier #tylkoMortalKombat

W branży celebryckiej:
-milionowe dotacje dla “głodujących” artystów, co to ostatnie zaskórniaki wydali na paliwo do dżeta
– Blanka eL zaprojektowała szpilki za pięć tysięcy złotych (na które stać będzie tylko artystów po dotacjach), w limitowanej serii 24 sztuk. #ciekaweczemunie365?
– Sylwestrowa ramówka już nieco znana, czyli czeka nas albo odgrzewany Rocky albo odmrożona Mary-La. #teamSylwester(Stallone)

W branży gastronomicznej:  szał na drwala i nie chodzi o Pana z brodą, tylko o powrót kanapki drwala do restauracji pod złotymi łukami,
oraz kilometrowe kolejki do makdrajwa, by usłyszeć pytanie: a może frytki do tego? Komentarzem, że mam zniczyk przegrywu, bo jadłam tylko wersję
z kurczakiem i mi nie podeszła w dodatku (!), zakończę.
Proszę o uszanowanie odmienności gustów. #ojedenbekonzadużo

Na koniec PePeEsy, czyli Pe-esy w punktach:

  1. Wracając do osiedlowego forum (to jest materiał na dokument, nie poradzę): mój faworyt z przedświątecznych narzekań nań jest następujący:
    czy u Was na dziedzińcach w innych blokach też zarządca powiesił takie badziewne lampki w tym roku? Bo u nas w bloku eF bieda…”
    #opłatynaadministracjęcorazwyższe #lampekcorazmniej #jakżyć #problemyzd***(drzewka)
  2. Wciąż forum i moje ulubione pytanie z ostatniego tygodnia (bez ironii):
    “gdzie znajdę najbliższy trzepak do dywanów?”
    #tojestissue #aniejakieślampki
  3. Przed nami czas klasyków: “nie ruszaj tego, to na święta” (before)
    i “jedzcie, bo się zmarnuje” (w trakcie świąt i after). Znaczy się – czas Świąt. Na ten właśnie świąteczny czas Hawran życzy Wam, żeby wyglądał on tak, jak sobie to  wymarzycie. Ot, tylko i aż tyle!
    I może jeszcze…

Odpocznijcie, uśmiechajcie się ile wlezie i politykę zostawcie na progu
(choć pewnie będzie kusiło!).

Nafutrujcie się uszkami aż po uszy, zapijcie barszczem i dopchajcie serniczkiem.
A jak serniczek to i kawa, a jak kawa to ta od “coffeeforyou.pl” #wiadomo
Łapcie link:

Strona Główna

A w Sylwestra ,od 19  do  6 rano dnia następnego, postarajcie się nie narobić ambarasu żadnego,  bo wiecie, “jaki Nowy Rok, taki cały rok”, czy jakoś tak.
Oby tylko nie:  jaki 2020 rok, taki 2021 rok.

Na koniec sentymentalna prywata:
7 grudnia minęło 5 lat, od kiedy czas przedświąteczny spędzam bez planującej “tylko dwa ciasta”, z których robiło się magicznie 8, mamy.
Jeśli Wasze wciąż z Wami są, to jesteście farciarzami. Pomóżcie im
w świątecznych przygotowaniach i sprawcie, żeby w święta odpoczęły
a nie tylko stały przy garach.

Bogatych światełek na ośce(!) i domowej choince,
Dobrze doprawionego barszczu,
Życzliwości dookoła,
I spokoju!
Życzy Hawran

 

 

 

 

 

O rurkach z aksamitnym nadzieniem czekoladowym, tęsknocie za “brakami” w korpo-lodówce, kawie, sprytnych mewach i sytej biedzie.

„Zobaczysz,
 jeszcze z tego wybrnę,
 nie będzie dziury w niebie,
 pamięć –
 jak szybę –
 wytrę…
 Niech no tylko
 przyjdę do siebie".
 Agnieszka Osiecka, "Przyjdę do siebie"

Pewnych rzeczy nie zmieni nawet i tysiąc pandemii! (Hawran, tomik:
Cytaty z  szuflady – niepublikowane).
Na przykład tego, że moim niedoścignionym wzorem w zabawie
i operowaniu słowem była, jest i będzie po wsze czasy Agnieszka Osiecka. Kropka. Bez “i”.
Nie zmieniła się również, póki co, niestety (i ubolewam nad tym!) częstotliwość mojego pisania do Was (dla Was). Po cichutku liczę na to,
że jak dziecię me pójdzie kiedyś do przedszkola, a w pracy skończy się czas, gdy dzień w dzień muszę interweniować i pisać do kogoś: “burdel macie, siostry (i bracia) na tym Archeo”, to w końcu zacznę swe przemyślenia publikować nieco częściej.
Póki co, czuję, jakby od ostatniego wpisu minęło co najmniej 70 milionów lat świetlnych (wg nowej jednostki miary- jeden sasin).
I szczerze, to nie mam pojęcia gdzie zacząć, na czym skończyć i co wrzucić
w środek wpisowego kotła, bo pomiędzy lipca końcówką a połową listopada w kraju i na świecie mieliśmy: 8 gwiazdek jeszcze przed grudniem w Polsce, szarady w domach w USA (szczególnie w tym Białym), brak zalegających
w Polsce kartonów na makulaturę (gdyż wszystkie stały się bazą do pokazania jaki talent drzemie w narodzie) i wiele, wiele innych.
Jak zwykle pewnie, dla zachowania logiki w chaosie, najlepiej będzie użyć magicznego “punktowania”.  Kolejność przypadkowa.
Następuje więc, jak w totalizatorze:  zwolnienie blokady i rozpoczynamy losowanie co istotniejszych, subiektywnie dla mnie,  wątków:

  1. Korona.
    W znaczeniu “Covid-19”. Nie w rozumieniu nowego sezonu serialu
    “The Crown”, już dostępnego na Netflixowej platformie (po dwóch odcinkach jeszcze nie mam poczucia, że mogę w tym zakresie cokolwiek ocenić).
    Za to w temacie korony z wirusem w dopisku – i owszem- co nieco mogę napisać.
    Po pierwsze, drugie, trzecie i ostatnie – jest do bani…
    Mam wrażenie, że tak zwana druga fala wznosi się z zasięgiem przykrych skutków jeszcze wyżej niż pierwsza. O tym ile rzeczy utrudnia, ilu ludzi zasmuciła przez utratę kogoś bliskiego lub utratę czegoś ważnego, ot choćby pracy, można by od razu księgę spisać. Ale jak już kiedyś, na łamach akapitów tego bloga wspomniałam, nie ma tu być na smutno. Wszak jak czytacie bloga do kawy czy herbaty, to raczej słodyczy a nie goryczy chciałabym Wam do tego czytania dorzucić.
    Skupię się więc na tej kawie. A konkretnie nie-możności jej wypicia
    w towarzystwie współpracowników z korpo-ławki.
    Zoomy, webexy, timsy i inne fejstajmy nie zastąpią klasycznych plot twarzą w twarz. Udowodnione, na przykładzie nie-losowej próbki moich współtowarzyszy niedoli, że-się -nie-da.
    Pamiętacie,jak wspominałam czasy, gdy mleko(mój główny składnik kawy) notorycznie podkradano mi z pracowniczej lodówki?
    W tym momencie nawet kupiłabym “mlekobiorcom” ich oddzielny kartonik, gdyby tylko kuchnia na ołpenspejsie była dostępna.
    Ostatnio zaczęłam odkopywać stare zdjęcia z czasów, gdy poranna kawa była rytuałem przy okrągłym stole/stoliku korpoludu.
    Na jednym z tych zdjęć widniała komunikacja, którą zastałam niegdyś
    na biurku, w postaci 3 zapisanych od-ręcznie#handmade samoprzylepnych karteczek. Warto dodać, że akcja-komunikacja miała miejsce niedługo
    po zakupieniu opakowania rurek z aksamitnym nadzieniem czekoladowym,
    w sklepie, którego nazwa startuje od literki L i na tej samej Literce się kończy.
    A karteczki “szły”(leżały) w następującej kolejności:
    “Nie kupuj więcej tych rurek, proooooszę -> Dobra, kup, ale mało-> Oesu kup dużo, ale schowaj!”.
    W tym miejscu chciałabym dodać, że twórczyni tychże próśb, oprócz tego, że zrobiła mi kiedyś super zdjęcia, pomagała mi ze spożyciem łakoci
    i motywowała do poszukiwania we Włoszech wina “z robalem”,  posiada wiele innych zalet.
    Zapoznała mnie na przykład,  swego czasu, z grafiką, którą do dziś uwielbiam, i którą, jakbym kiedyś miała gabinet, nie-łączony
    z przewijakiem i komodą dziecięcych ciuchów, bardzo chętnie powiesiłabym nad biurkiem, jako motto i nawiązanie do jednego z lepszych wspomnień
    z czasów in-da-ofis w korpo-siedzibie.
    Tak się składa, że poprosiłam ostatnio autorkę owej grafiki o zgodę na jej publikację i takowe przyzwolenie uzyskałam:

    Autor(ka): Magda Danaj/Porysunki

    Mam nadzieję, że większości z Was twórczości Pani Magdy nie muszę przedstawiać. Jej rysowany świat jest zabawny, inteligentny, z pazurem.
    A dodatkowo, ja, jako beztalencie w temacie manualnych prac, zawsze dodatkowo podziwiam ludzi, którzy potrafią namalować ludziom dzień, lub narysować dzień z życia ludzi.
    Gdybyście nie mieli jeszcze pomysłu na gwiazdkowy prezent, na przykład dla kolegi/koleżanki z korpo-ławki – to na stronie “Porysunków” opcji jest bez liku. Polecam i pozdrawiam.

2. Kawa.
Skoro w punkcie pierwszym już “nadgryzłam” temat kawy to , idąc
za ciosem, płynnie, chciałabym do tematu tegoż nawiązać i pewną “ekipę” Wam polecić.
Ale od początku.
Razu pewnego bloger, którego lubię, szanuję i już tu kiedyś o nim  wspominałam, czyli PigOut, wrzucił, na swoim “story” bodajże, informację
o palarni kawy, która wypala zacne ziarna i dodatkowo aktualnie mają (mieli) zacną promocję.
Nie jestem dzieckiem promocji, ale jestem konsumentem, który rozważa zakup czegoś, czego jakość jest sprawdzona. A ponieważ było w recenzji,
że kawa zacną tam jest, a ja mam ogrom ludzi, którzy doceniają dobrą kawę (bo ja, to wiecie, mleko z kawą, nie wypowiadam się), postanowiłam sprezentować ją kilku kawoszom w moim otoczeniu. Dostałam recenzje typu: “najlepsza kawa jaką piłem,”pyszna, że ho ho ho” i tym podobne. Sukces numer 1.
Ale to był dopiero początek mojej znajomości z tą firmą. W trakcie moich zamówień u nich trafiła się inba z inpostem (#wiadomo), który pomieszał miejsca doręczenia paczek. Firma CoffeForYou (bo o niej mowa), nawet nie czekała na rozwiązania i tłumaczenia z paczkomatowej strony. Od razu wysłała zamówienie po raz kolejny, na swój koszt, z informacją, że jeśli uda się odzyskać przesyłkę, to po prostu będę miała dwa razy więcej kawy.
I jeszcze zapytali czy takie rozwiązanie na pewno mi odpowiada?
Nie każdy by tak postąpił. Wiem. Trochę w życiu widziałam, ups, zamawiałam.
Kilka tygodni później zamówiłam mniejszą wagowo porcję kawy w tej samej firmie i jakież było moje zdziwienie, kiedy odebrałam telefon od ich przedstawiciela, który zapytał, czy w tej cenie nie wolałabym podwójnej porcji. Sami do mnie zadzwonili z takim pytaniem!
A dodatkowo koszty wysyłki biorą na siebie za każdym razem.
Uważam, że o takim podejściu do klienta należy mówić, pisać i słać w świat. Jakaś przeciwwaga dla marudzenia, narzekania i jednej gwiazdki
w recenzjach gugla. #Kto nie-bogatemu zabroni.
Jeśli jesteście fanami małej czarnej, lub dużej z mlekiem, albo sami nie pijecie kawy, ale komuś chcecie sprezentować świeżo paloną (w dniu zamówienia!) kawę ->  https://coffeeforyou.pl/ to adres dla Was!

O istotności kawy pisała, a jakżeby inaczej, również Agnieszka Osiecka,
w  wierszu “Filiżanka kawy”:
“Filiżanka czarnej kawy
z ukrytym na dnie cierniem,
na lenistwo, dla zabawy,
filiżanka codziennie i częściej”.
A jeżeli nie znaliście tego akurat wiersza, to być może znana jest Wam afirmacja małej czarnej w piosence byłego lidera zespołu Ich Troje, który
w utworze pod tytułem “Filiżanka” startuje słowami:
“Piję kawę. Jest cudownie”.
I jest to najlepszy fragment całego tekstu…
Również zapisał się on w korpo-kanonach, jako doskonałe rozpoczęcie konwersacji na wszelakich komunikatorach.

3.  Wakacje.
Wiem, że to pieśń przeszłości dla większości (dla mnie też), ale mój urlop miał miejsce pomiędzy ostatnim a teraźniejszym wpisem, więc żeby nie było, że ja tylko o pracy i pracy i kawie w filiżankach- co nieco wspomnieć by wypadało w temacie letniego (wrześniowego…) odpoczynku.
Zacznę od tego, że wakacje z dzieckiem to już inna para kaloszy ( i tym samym dodatkowa para kaloszy do spakowania) niż wyjazd we dwoje.
Nie dość, że trzeba być przygotowanym na każdą okoliczność, z milionem rzeczy w torbie, to choćbyś nie wiem jak się, człowieku, starał – i tak czegoś zapomnisz i/lub coś nieprzewidywalnego się wydarzy.
U nas z cyklu “niespodzianek” – w pierwszym dniu po przyjeździe szukaliśmy ortopedy w Szczecinie (nad samym morzem marne szanse,
jak nie jedziesz karetką na szpital,trafić specjalistę), bo AKURAT wtedy dziecko zaczęło mieć problemy z nóżką.
Na szczęście nic poważnego, czego by się nie dało nurofenixem załagodzić, ale: nerw, trasa i informacja od lekarza: niech dziecko nie biega i nie  skacze przez najbliższy tydzień (czytaj CAŁY POBYT, czytaj niespełna DWULETNIE dziecko….) nie sprawiły, że początek wyjazdu wspominamy ze szczególnym rozrzewnieniem.
Co działo się później?
Otóż okazało się, że nad polskim morzem, nawet po sezonie, a może dlatego, że po sezonie (choć boję się, co było w szczycie), pandemia nie istniała.
Skupiska w knajpach, na molo, na deptakach takie, że czasem to i mewa
by się nie wcisnęła. No chyba, że taka sprytna, jak ta, co ją spotkałam kiedyś
w Hadze. Tamta porwała mi rybę z papierowego talerzyka podczas jedzenia. #żeteżsięniebała #frytkiwtedypochłaniałamwstrachużeprzyślekoleżanki
Ale takich u nas nie widziałam.
Za to widziałam grupę naszych rodaków, którą mogłabym podsumować jednym określeniem, nawet z użyciem rymu: burgery z molo i disco polo!
Taka kolacja przy zachodzie słońca, z TAKĄ muzyką na żywo. Taki mieliśmy tam klimat. Od disco polo momentami nawet nie dało się uciec spacerując osiem  wejść od głównego molo, tak się niosło.
Aaa, z kulinariów, na deser po burgerku, była jeszcze beza/nie jedzona widelczykiem jak niegdyś zalecano/ za 29 zł za sztukę. #ktobogatemuzabroni #mniejbogacibiorąnaspółębonibyzasłodkajednanatwarz

Fal nie było, jak u Dawida Podsiadło. Tydzień pobytu nad polskim morzem, z super pogodą i  bez fal! W sumie jak nie wiało, to nie wiem czy nawdychaliśmy się jodu, czy tylko spalin i oparów po smażeniu kotletów
i ryb, ale wmawiam sobie, że jod na ten rok odhaczony.
Były za to dziki, całkiem udomowione. Jak je mijaliśmy, jadąc samochodem, akurat stały pod bramą do ośrodka pod nazwą “Porty Świata”. Interkontynentalnie mierzyły. A co!
Co do pamiątek – nie kupiliśmy/szukaliśmy muszelek i bursztynków.
Za to, ponieważ w drodze do lekarza do Szczecina, z pośpiechu nie zapakowaliśmy dziecku zabawek i w jedną stronę 1,5 h może i nam uszło
na sucho, ale w drugą stronę nie chcieliśmy ryzykować – wiedzieliśmy,
że trzeba coś nabyć. A gdzie nabyć w Szczecinie zabawkę o 18:30? Oczywiście nigdzie indziej, tylko na Poczcie Polskiej. Przecież tam mają wszystko! Pewnie jakby dobrze podpytał, to na zapleczu znalazłby się
i ortopeda…
Zatem z pobytu nad morzem, a raczej z okolic 100 km od morza, przywieźliśmy: rachunek za konsultację ortopedyczną (200 zł), autko terenowe marki Jeep, koloru żółtego (było więcej do wyboru, co Pani
z Poczty podsumowała zalotnym sucharem: to którą bryką chce Pani wyjechać?) i książeczką rozkładaną o nie-przypadkowym tytule
“Świeże warzywa”.
Był Krzysztof Jarzyna ze Szczecina? Ano był. I na jego cześć właśnie vege książkę, do kompletu z autem, z premedytacją zakupiłam.
Czyli w zasadzie pamiątki przywiozło dziecko. Starzy co najwyżej:
beza na spółę.
Także moja zapowiedź luksusu z poprzedniego wpisu, chyba jednak czeka jeszcze z realizacją.
Dotarło coś z niej jednak chyba, do mojej siostrzenicy, która jakiś czas temu na pytanie “co tam słychać?”, zamiast “stara bieda” odpowiedziała, przy udziale chochlikowego słownika: “syta bieda”. Czyli taka bieda na bogato. Zawsze to już krok w stronę luksusu.#szampanwylewasiętoastmogęwznieść

4. Spostrzeżenia ogólne. Jednozdaniowe. Czasem dwu.

a) W kraju atmosfera burzowa: pioruny, wyładowania, konieczność posiadania parasolki,nawet gdy nie pada. Czasem bywa gorąco, gdy jeden kretyn z drugim wrzucą Ci do domu racę, bo ich flaga dwa piętra wyżej prowokuje.

b) W Internecie gównoburze. Konieczny parasol cierpliwości.

c) Ogromne natężenie doskonałych memów, bez których ciężko by było
w naszym kraju wytrwać.

d) Muminki a sprawa polska – 1:0 dla Muminków.

e) Kleo śpiewa piosenkę Reni, co by spróbować konkurować z Zenkiem –
czy ktoś wie WTF is going on here? Ja się czuję zagubiona jak mail w spamie.

f) Ślisko na drogach: misie i dziewczyny wywracają się w pięknej i długiej reklamie jednej z firm jubilerskich.

g) Wg niektórych pożalsięboshe influencerów i osób publicznych – covid jest jak ankietowany w Familiadzie – nikt go nie widział.  To chyba podobnie
jak z rozumem u tych, co te spiskowe teorie głoszą.

h) Punkt H jak Hawran po raz kolejny Mikołajem. Z jednej małej akcji
“Zając w kapuście/Mikołaj pod choinką”, zrobiły mi się nagle 4 inicjatywy,
w których jakoś tam biorę udział. #ludziesązgruntudobrzy #oprócztychzłych

i) W nawiązaniu do punktu h) – jeśli kogoś nie spamowałam FB, IG, mailem, telefonicznie, czy na żywo (w maseczce of course), a chciałby ów ktoś dołączyć do którejś z inicjatyw, na przykład tej organizowanej przez PigOuta, lub tej wspierającej dobrze moim czytelnikom znane i wspaniałe dzieciaki z Domu Dziecka w Szklarskiej Porębie – napiszcie do mnie, pokieruję Was tam, gdzie trza.

j) Godziny dla seniorów versus Hawran (1:0). Pani nie przyjęła mi ostatnio paczki do nadania, przez próg sklepu (!), o 11:45, bo “Panowie, co chcieli piwo kupić i ich odesłała by się na nią obrazili, że ich nie obsłużyła, a mnie tak”.  Kurtyna.

Skoro kurtyna zapadła to zmieścić dziś mogę jeszcze tylko moje standardowe
Pe-esy:

P.s.1
Cytat początkowy wyrażać ma nadzieję na to, że wszyscy w końcu wybrniemy z tego labiryntu kwarantanny i obostrzeń.

P.s. 2
Jest taki turecki serial: Więzień Miłości (moje dziecko lubi czołówkę… #weźniepytaj). Chciałam tylko napomknąć, iż ciocia Stasia w Klanie szybciej szykowała cały dwudaniowy obiad i parzyła czaj dla Jureczka niż bohater Więźnia Miłości wypowiada JEDNO zdanie.
Pewnie nic to nie wniesie do Waszego życia, ale MUSIAŁAM!

P.s. 3
Pojawiła się nowa generacja “Rzepiar” – “Słomiary”. Tak informował niegdyś jakiś nagłówek.
Uważam, że to bzdura – do Rzepiar, jak mawia młodzież, nie ma “podjazdu”. To jest wyjątkowa generacja, nie do zastąpienia.
A “Słomiary” niszczą snopki ciężko pracującym rolnikom, czemu mówię stanowcze: “nu nu nu”!  #batemgonićtakiwandalizm

P.s. 4
Z cyklu mistrzostwa Hawranowego taty, który mógłby być twórcą wielu słynnych sucharów:
Leci reklama: “Bomble, co robimy, jak brakuje nam siana?
Dzwonimy do bociana!”

Hawranowy tata: “bociany już w tym roku odleciały….”

Kurtyna w pe-esach.

 

Dbajcie o siebie/
Myjcie łapki/
Myjcie owoce/
Jedzcie owoce/
A czasem żelki/
I czekoladę.

Ściskam mocno i sterylnie!

Wasz Hawran

 

 

 

Tworzę akapity. Zdanie po zdaniu. Niedługo będą. 
#tymczasemjestemMikołajemiZającemWielkanocnymzarazem
#żebyktośmiałcudneświętawtymsmutnymjak.....roku

O zapowiedzi luksusu, wyczarowywaniu “Patronusa”, katalogach Quelle i klątwie kanapki z pasztetem.

Zdejmij
wszystkie śmieszne warstwy.
Wyłącz
wszystko co pika i wibruje.
Zobacz 
nie jesteś martwy.
Właśnie ten człowiek mnie interesuje.

Patrick The Pan, Zdejmij.Wyłącz.Zobacz.

Jak widzicie nastąpiła (zapewne chwilowa tylko) zmiana  “patrona cytatu wstępu”: z noblistki na młodego, zdolnego twórcę muzyki alternatywnej.
Z dwóch przyczyn tak się dzieje: po pierwsze, primo: myślę, że Wisława sama nie powstydziłaby się takiego tekstu, jak ten powyżej, po drugie, secondo: mam doskonałe wspomnienia z koncertu zespołu tegoż (Patrick the) Pana, sprzed prawie 4 lat. Kameralna widownia (prawie jak w czasach pandemii, tylko bez masek), doskonała muzyka, śmieszna cena za bilet, niezwykle miła rozmowa z wykonawcą i płyta z nieprzypadkową dedykacją:



"Ewo! Gratuluję pięknych decyzji! Zuch dziewczyna! <3" Piotr Madej

I nic to, że po koncercie zastałam Punciaka z wgniotem nad nadkolem,
bo ktoś nie umiał z parkingu spod Dominikańskiej wyjechać. Skośnie, pod górkę.  Pe-Zet-U  wszak honorowo wypłaciło zadośćuczynienie takie,
że i bilet się zwrócił. I płyta.
A sam cytat jest, myślę sobie, kwintesencją tego, co w ostatnich latach rządzi ludźmi: pikanie, wibracje, notyfikacje, alerty, emoty, snapy.
Relacje tylko w wersji insta, te dalsze i te bliższe. Pary na romantycznych kolacjach wgapione w telefony, jedzą zimne dania, bo przecież najpierw trzeba talerz obfotografować. I filtry nałożyć.
W wielu przypadkach przecież wygląda to dokładnie o tak:

"Dobieramy się i dzielimy na cztery,
tylko ja i Ty i nasze komputery.
Kolorowe zdjęcia, pięć na pięć,
świat barwniejszy niż naprawdę jest"
Patrick the Pan - utwór ten, co powyżej.

Nie wiem jak Wy, ale ja to bym sobie bardzo chętnie zrobiła przerwę
od wszelako rozumianego sprzętu, aplikacji i stories. Niestety robota na to  nie pozwala.
Znacie powiedzenie Emily Dickinson: “na każde życie musi napadać jakiś deszcz”? Na Hawrana właśnie teraz leci deszcz pracy/ w pracy.
Wylądowałam w epicentrum korpoArmageddonu i jedynym wyjściem
z sytuacji wydaje się wyczarowanie Patronusa rodem z Harry’ego Pottera.
No ale dopóki to się nie wydarzy to pod “patronatem” mojego prezentu urodzinowego walczę dzielnie:

Myślę sobie w ogóle, że jakąś nieformalną zapowiedzią tego, co się teraz dzieje, było pewne około-śniadaniowe wydarzenie sprzed kilku tygodni.
Znacie to powiedzenie, że kanapka zawsze spada stroną posmarowaną masłem na podłogę? Mi niedawno kanapka z masłem, pasztetem
i pomidorem spadła najpierw na koszulkę, potem na spodnie, a dopiero na końcu na podłogę…
Taki apgrejd.
I od wtedy wszystko się w pracy zaczęło komplikować.

Ale koniec “jojczenia”, jak mawiała moja mama.
W zamian, można by sprawdzić, co wartego uwagi wydarzyło się od mojego ostatniego wpisu.
Oczywiście najwygodniej będzie wypunktować. Polacy wszak lubią “punktować”. #większośćniestetywadybliźniego

1. Auto (moje własne) zarejestrowane! #Hawranversusurzędyjedendozera.  Ba, nawet zdążyło już zostać zarysowane. #Wrocławtegonieogarniesz #Italystajl.
Ale nic to w porównaniu do innego “chrztu” srebrnej strzały. Dosłownie chrztu, gdyż była tu zaangażowana “wielka woda”. Jakim trzeba być wybrańcem, żeby dwa razy, w przeciągu kilku dni, trafić na swej drodze na dwa największe deszcze roku, przy których studzienki nie wyrabiają i auto nie ma wyjścia jak tylko stać się AMFIBIĄ, żeby przetrwać. #transformers. Nie znam odpowiedzi na to jakim wybrańcem. Wiem, że nim byłam.   #klątwakanapkizpasztetemitudziała

2. Za nami wybory. Cóż powiedzieć…
Był: entuzjazm pewnego Panaw Urzędzie Miasta w Legnicy, krzyczącego
na całą poczekalnię: “juhuuu, mogę głosować w Zakopanem, lajf is bjutiful!”.
Zostało: “za nami wybory”.
Przed nami: dużo memów.

3. Od czasu mojego ostatniego wpisu do szeregu najpopularniejszych celebrytów, o których trąbiły media,  dołączył niejaki Kryszczian Połl
(pisz: Christian Paul). American projektant.
He likes pierogi i loves Polska (dokładny cytat: “kocham te ludzie!”)
Kontakt z modą miał prawdopodobnie przy przeglądaniu niemieckich katalogów Quelle #gimbynieznajo
Powiem tak: w Modzie… na sukces było już chyba wszystko: Brooke wylądowała w koszu, Ridge wpadł do pieca, jedna kobieta (pewnie też Brooke lub jej reinkarnacja) zdążyła być: z ojcem, synem, szwagrem, bratem szwagra i teściem ojca, etc.
Ale nawet scenarzyści tego serialu, po ciężkich dragach, a tym bardziej po lekkich, nie stworzyliby takiej KREACJI postaci.
W tefałpe zaś było to możliwe. Jak napisał jeden z internautów: musiały tam wjechać piguły prima sort. #możemielizwarszawskiegoMPK
W związku z kriszczian-aferą zaczęli znikać ludzie, a pojawiać zaczęły się kolekcje modowe (szybciorem wjechały, no bo z AliExpress) i nakładki na zdjęcia profilowe na fejsbuniu. Od dziś i Ty możesz zostać CP (nieprzypadkowo myślę skrót czytamy: Ce-Pem).
Btw, ciekawe czy młodzież z How much is your outfit ma w garderobie coś odkjutir Kryszcziana? Nie za-sub-wałam ich kanału to nie wiem. #zniczykprzegrywu

4. TV update.
Wróciła Formuła 1. Różnice: brak widzów na trybunach, mechanicy
w maseczkach, Ferrari zaskakująco słabo. Podobieństwa: znów wygrywa Lewis Hamilton i Mercedes.
Tak w ogóle to dla fanów i nie-fanów tegoż formatu – polecam serdecznie Netflixową produkcję: F1. Drive to survive. Wciąga w rekordowym tempie.
Co najmniej w takim, jak ekipa Red Bulla wymienia opony i do-tank-owuje paliwo do bolidu: 1,82 sekundy! Na polskich stacjach benzynowych w tym czasie dystrybutor nawet licznika nie zdąży wyzerować po poprzednim kliencie.
A “drive to survive” to w ogóle mógłby być tytuł  podsumowujący realia niemal każdej trasy w naszym kraju. Nigdzie nie jesteś bezpieczny. Wiem, bo mam pod domem parking galerii handlowej i czasem ciężko przez niego do głównej dojechać bez afery.

Tymczasem dla niezainteresowanych powyższą produkcją polecam…
Fejm czy szejm… Nie wiem o czym to jest, ale chyba o jakichś trendsetterach, influenserach i innych “ach”. Nie opowiem, bo nie zamierzam w to brnąć, ale jakby ktoś miał recenzję to zapraszam na priw.

Ale ale, jak już możemy pokategoryzować wydarzenia na fejm i szejm,
to w tym drugim wariancie zdecydowanie prym wiedzie nowa reklama media-spec-markto-ekspertów z Zenonem M.
Powiem tak, ja wiele jestem w stanie znieść na ekranie (3,5 roku pracy
w kinie z miliardem reklam i produkcjami typu “ciacho”), ale to mnie przerasta.

5. Na forum mojego osiedla odchodzą takie inby, że aż powstało lokalne bingo. #fejm
Tego pokroju bingo,  jak  to, które cytujemy najbliższym w Wigilię
(w przedpokoju spotkałem się z Mikołajem/znowu Kevina puszczają/
mi niedużo, bo się odchudzam/ to ile w końcu jest tych potraw?)
lub w wersji cmentarnej 1-szego listopada (weź te po bokach przesuń/a skąd Ty młody masz zapalniczkę?/nie, te białe do wazonu daj/ czerwony bardziej do przodu/ ale się wystroiła!jak na dyskotekę) czy też bingo kwarantannowe (“jeszcze tylko jeden odcinek”/cały dzień w pidżamie/nie wiesz jaki jest dzień tygodnia).

Na naszej ośce zaś takie perełki: żul w krzaku/kręci się podejrzany typ/ żul
w śmietniku/ o której jeździ de-ha-el/ za głośny remont/ kiepy lecą na dół/ dym leci do góry/ zabłąkane awizo/czy działa Wam Internet?/dlaczego psy szczekają?/ za głośne dzieci/kto ma numer do kuriera?.
I wiele innych.

Osobiście myślę nad stworzeniem korpo-bingo. Pierwszym punktem będzie: “gdzie jest k**** moje mleko do kawy?”.

6. “Wałki” (czyt. przekręty) wykryte przy okazji Dżesiki Multipli, wspominane już na łamach tegoż bloga, to był wierzchołek hochsztaplerskiej góry lodowej, która im bliżej głębi czy tam bardziej odpowiednio będzie napisać – dna  – ukazywała coraz to nowe elementy szwindlowej układanki. Sprzedaż internetowa kłamstwem stoi!
O ksero, kopię, kserokopię i inne plagiaty zostały oskarżone m.in.
Ma-fa-szyn, Le Maniak i znowu Dżes (jakimś rykoszetem). A co za tym idzie mieliśmy dramę za dramą, beznadziejne tłumaczenia,hejty, szczucia, pozwy. Generalnie gorąco, co najmniej jak w hucie przy produkcji kieliszków. #ktośledziłtenwie

Wniosek: nie ma to jak uszyć sobie samemu. #handmadeinPoland #athołm

Pe-esy

P.s. 1. Sezon na tarty uważam za otwarty! Owoców moc się czai za rogiem. Rogiem Lidzia lub Biedry na przykład. Zamiast mojego tradycyjnego: jedz cytrusy, powiadam: maliny jedz. I truskawki.
Mogą być na kremie i kruchym spodzie. #najlepiej #azowocamizawszebędziesięliczyćjakosałatka #tartanapełnymglutenie
Tylko ładnie jedzcie, elegancko, z widelczykiem. I niech Wam nic nie spadnie na podłogę maliną do dołu!

P.s. 2. Taco Hemingway wrzucił do obiegu swój nowy utwór:
“Polskie Tango”.
Już od dawien dawna żaden kawałek nie zagościł w moich słuchawkach
w takim zapętleniu. Polecam. Ten i inne utwory Pana Filipa.
A jak nie zanucicie pod nosem: “a little węgiel never killed nobody” to znaczy, że jesteście bez (muzycznego) serca.

P.s.3. Na wypadek gdybyście kiedyś mieli do czynienia ze stroną rządową
wu wu wu, dotyczącą ceł i akcyz, ostrzegam: jeżeli zdziwi Was, że wygląda jak robiona pod Windowsa 95 i pomyślicie, że to na BANK jakieś hakiery przejeły – nic bardziej mylnego. Ona taka jest! #aktualizacjeprzeszłybokiem #upgradeniedotyczy #tutorialejakzlat80tych

P.s.4. Ostatnio, w moje urodziny, podczas fensi kolacji, przylepił się do mnie
(w sensie łasił, zaczepiał, podlizywał się) pies należący do Pani siedzącej przy stoliku obok. Wyglądało to dosłownie tak, jakby chciał zmienić właścicielkę. A, że wyglądał jak piesek jednej z bohaterek programu Żony Holiłudu, to czuję, że, w przeciwieństwie do pomidora na spodniach
i podłodze – jest on zapowiedzią czegoś dobrego. A przynajmniej luksusowego. A na imię miał Louis. #możewyczułżeperfumydobrezarzuciłamnasiebiezokazji #blichtr #fejm #żadory #stopbiedzie #Mariantujestjakbyluksusowo

O tak mniej więcej wyglądał. Tylko bez wdzianka.
Jeżeli ktoś nie widział “Żon”.

5. Jeżeli chcielibyście we Wrocławiu zjeść naprawdę pyszną kolację,
czy też deser, obiad lub wszystko naraz – serdecznie polecam restaurację
La Maddalena. Piękny widok, genialna obsługa i pyszne dania!
Tom Hanks i Steven Spielberg podczas wizyty we Wrocławiu wiedzieli
co robią odwiedzając ich. #tropemsław #wposzukiwaniufejmu


#awpowietrzuunosiłsięzapachSzanel #Louistubył

P.s.6. Uważajcie od kogo odbieracie telefony.
I kto prowadzi Wasz autobus.

Co złego to nie ja.

Wasz – o rok starszy -Hawran!

 

 

O ogarach, nieogarach, Rzepiarach, snach z algorytmami, uryfach talgowych, furoszikach i (nie)sianiu rzeżuchy.

"Jestem, kim jestem. 
Niepojęty przypadek.
Jak każdy przypadek". 
W. Szymborska, W zatrzęsieniu

Po raz kolejny A M B I T N I E na start, czyli cytowanie noblistki. Nic nie poradzę, że jest ona dla mnie, jak Osiecka, ze swymi słowami-pisanymi, źródłem nieustającej inspiracji.
Zdecydowanie wolę te autorskie wzorce od współczesnych in-fluen-serów słowa i nie tylko, co to nie wiedzą, że mówi się “dwa tysiące dwudziesty”,
a nie dwutysięczny-dwudziesty rok (niektórym nawet dwutysięczne powtórzenie, która forma jest poprawna, nic nie daje).
Ale za to ich fani wiedzą doskonale czym jest dzban, alternatywka,
ogar i nieogar. Jednym słowem młodzież dziś wie jak rozkminić, co to YOLO, hajs i iks de.
Podczas próby ogar-nięcia co i jak z tym słownikiem współczesnym, dotarłam niedawno do słowa kappa, które to stosowane jest zazwyczaj na końcu zdania, by podkreślić użyte w nim: ironię, sarkazm lub po prostu jest użyte dla żartu.

Słowa kappa zabrakło ostatnio pewnej blogerce, niby modowej, a jednak przez nazwę, przeze mnie kojarzonej bardziej z branżą motoryzacyjną.
Dokładnie nie pamiętam, ale imię to chyba Dżesika, a nazwisko…coś na M…
Możliwe, że Multipla.
A więc Dżej Em, w komunikatach do klientek zamawiających lux-outfity
z jej nowej kolekcji, zapomniała dodać, że ich (outfitów) produkcja w PL to “taki żart”.
Niestety, jak mawiała moja i pewnie wiele innych mam, kłamstwo ma krótkie nogi, a tu konkretnie okazało się, że miało zbyt krótką metkę, gdyż nie zdołała ona zakryć innej metki, firmy, o ironio, zagranicznej, której produkty można zakupić w cenach rodem z tajskiego bazarku.
No i inba na całego murowana.
Oczywiście Dżes nie poddaje się w tłumaczeniach, myli tylko słowa.
Co prawda o dwutysięcznym dwudziestym u niej  nie słyszałam, za to wypowiedziała się o DNA marki (“kocham Cię Polsko”), zamiast mówić o jej DNIE. Do poczytania na insta i innych pomponikach.
W sieci zawrzało, marce pozostał cień mgły autorytetu i pewnie zakończy się to, jak fora opanuje jakaś nowa drama. Czyli pewnie całkiem niedługo.

Dla mnie osobiście kilka innych kwestii/wydarzeń/ sytuacji było ciekawszych niż  omawiana kolekcja bejzik (basic) i to, że łiklejm (nazwa marki)  to takie “jedno oko na Maroko”. Poza tym klejmuje to się w pracy. #korpoludzrozumie.

A więc, co oprócz afery metkowej skupiło mą uwagę na dłużej, niż mój syn poświęca jednej zabawce? :

  1. Nowy trend w mediach: Rzepiara.
    To nie miłośniczka białej rzepy, czarnej rzepy ani rzepy ze śmietaną.
    Rzepiarą nie jest również Pani, która ma buty “na rzepy”.
    Nie jest to również producentka tkaniny velcro, popularnie określanej jako rzep.
    Otóż, dla jeszcze przez Internet niewtajemniczonych: Rzepiara to kobieta robiąca sobie zdjęcia na polu rzepaku.
    Rzepiarami są przeciętne zjadaczki chleba (maczanego na przykład w oleju rzepakowym), są też nimi celebrytki. Rzepak kusi jako tło! #kajnegrencen
    Wiem coś o tym. W okolicach mojego rodzinnego miasta, czyli Legnicy, pól rzepaku nie brakuje i nie powiem, korciło czasem.
    Jak jednak pokazała historia, przynajmniej moja, w rdzeniu swym bardziej niż Rzepiarą jestem jednak Blacharą, o czym świadczyć może jedyne zdjęcie z rzepakiem w mojej soszial medjalnej kolekcji:

Rzepiary łatwo nie mają. Ich życie nie jest usłane rzepakiem, tfu różami.
Kolejki u fotografów do sesji w rzepaku długie niczym do przychodni
en-ef-zet w poniedziałkowy poranek, niejednokrotnie trzeba uciekać przed rolnikiem, który nie dał autoryzacji na zdjęcia w jego polu (widzenia), a jak już rzepak dojrzały to te panny metr pięćdzięsiąt w kapeluszu mogą nie być widoczne spośród żółtych łanów.
Jesieniary mają zdecydowanie łatwiej – kocyk i herbata prawie zawsze współpracują  z obiektywem aparatu i zdjęcie można cyknąć we własnym domu.

2. Jak już odmroziło fryzjerów, to zaczęło padać i moja wizyta
u hairdressera efekt miała w salonie i jakieś 2 sekundy po wyjściu. #niegórynibyahalnywiał

3. Dziwne sny mam ostatnio.
Nawet senniki nie ogarniają. No bo kto mi wytłumaczy, co oznacza,
że całkiem logicznie rozwiązuję we śnie algorytmy na lekcji z matmy?
Wolę sny sprzed kilku tygodni, gdzie śniło mi się, że Ania, co to ją znacie
z ostatniego wpisu (#pokłonyskładałam), wygrała ogromny hajs w totka.
Spełni się czy nie, plany zagospodarowania części gotówki już mamy ustalone. #szukajcienasnaDominikanie #poznacienaspouciekającychzdrinkówpalemkach

4. A skoro już wspomniałam o Ani…
Ponieważ napomknięcie o jej zasługach w ostatnim wpisie, przez jej przyszłego męża zostało podsumowane jako #fejmdoje**ny i poczułam,
że była w tym nutka niedocenienia, spieszę się poprawić w tym oto punkcie czwartym i wyrazy wdzięczności okazać też Kościanowi. Za wszelkie wydruki A4 i mniejszych formatów, docenianie termomixowego brownie, podsyłanie mi filmików z Dzikim trenerem w roli głównej, dzięki którym utwierdzam się w przekonaniu, że nigdy nie będę miała konta na tik-toku (#tamludziesikająpodsiebiebotakijestczelendż), za doskonałe risercze internetowe i za to, że nie oberwałam AirMaxem 🙂
Fejm w rodzinie bowiem musi się zgadzać, inaczej będzie inba, w ich przypadku już na poziomie iście celebryckim, a tego bym nie chciała,
bo niby to blok obok, ale jednak się niesie.
Także Kościan: szacoon! #nadzielni

5. Co do podziękowań, to tak sobie uświadomiłam ostatnio, że nie podziękowałam w blog-owej formie jeszcze osobie, która nie tylko czyta mojego bloga od samego startu, ale i zna mnie od samego startu mego życiorysu. A chodzi tu o moją siostrę – imienniczkę Pani Szelągowskiej-
co wnętrza też by pourządzała chętnie – Dorotę.
Otóż siostra ma, tak ma, że być może się wzruszy po przeczytaniu tego. Mam nadzieję, iż będzie to dobre wzruszenie. Tak dobre, jak pączki, które upolowuje ona dzielnie w drodze do pracy.
Myślę, że ucieszy się z tego konkretnego porównania: jest ona jak Stanisław Anioł w opinii lokatorów, a przynajmniej tej oficjalnie odśpiewanej pod adresem Alternatywy 4:
“zawsze pomoże, o każdej porze,
o mój Boże!”.

Nieprzerwanie można na nią liczyć.
Podpowie co zrobić, gdy przesoliło się zupę, albo gdy masa do ciasta nie wychodzi, w urzędowych sprawach pomoże się rozeznać, pierogi zrobi, ruskie, gdy się zamarzą.
Sprzedawcy na lokalnym targowisku jej się kłaniają (#topomamiema), pracownicy z IKEI muszą przeszukać towar do ostatniego kartonu na sklepie, jeśli uprze się, żeby coś znaleźć, potrafi walczyć jak lwica o lampę stołową z inną konsumentką, nigdy nie bierze pierwszego z brzegu towaru
z półki.
Lubi, tak jak ja, kryminały i, tak jak ja, wkurza się, jak Bonda dodaje do fabuły zbyt wielu bohaterów.
Bardziej niż to denerwuje ją chyba tylko grubo pokrojone jabłko w sałatce jarzynowej.
Na giełdzie kwiatowej w Tychach mogłaby spędzić cały weekend. Co weekend.
Marzy o udziale w Wiedeńskim Koncercie Noworocznym, także jakby ktoś miał jakieś chody w tym temacie, to dajcie znać.
Generalnie ostatni rok z hakiem byłby dużo mniej “przysiadalny”, gdyby nie ona.
Z soszial mediów nie korzysta, ale wiem, że tu przeczyta, także “dziękuję! Za wszystko. #Helenamagodnąnastępczynię

6. W ostatni piątek na naszej dzielni, w tym samym momencie nałożyły się na siebie dwa, jakże odmienne w swej pozytywności zjawiska.
To “dobre” to otwarcie foodtruckowej wersji Krasnolóda, czyli miejsca, gdzie można zjeść lody o smaku belgijskiej czekolady lepsze niż sama czekolada z Belgii.
Jednocześnie jakieś 200 metrów od punktu stacjonowania miętowej
w kolorze swym przyczepy z łakociami wyznaczono miejsce spotkania, które “uświetnić”(hue hue) miał przyjazd premiera “er pe”.
No i z jednej strony człowiek marzył o tym, by pójść na spacer połączony
z konsumpcyjną przyjemnością, a z drugiej miał świadomość, że jak władza na rejonie, to i borowiki z nimi. A wiadomo jak jeżdżą…
Tak więc setki pytań w głowie: czy nikt nie wjedzie na chodnik, co zrobić jeśli moje dziecko zrobi im pa pa, jak to ma w zwyczaju czynić do kierowców, czy wyjść dopiero jak zaparkują, etc. ?
Morał jest/był taki, że lodów od Krasnolóda nie jadłam do dziś, a punkt zbiórki spacerowy z Anią miałyśmy, jak już była pewność, że nie spotkamy rządu na swej “drodze”.

7. Ania znowu uświadamia mi, jak mało wiem o świecie.
Dzięki niej wiem nie tylko, że jedno na kilka milionów dzieci nigdy nie będzie miało zębów…
Wiem też, że istnieją takie tv programy jak: siostry wielkiej wagi,
dr Pryszczylla czy też moje wielkie stopy.
A co do stóp to ostatnio podesłała mi taki oto dizajnerski pomysł na odzianie ich. Młodzież spod złotych balkonów, tfu tarasów w WWA na pewno by się nie powstydziła założyć takowych do spodni mąklera:

source: https://www.dressinn.com

Tak mi ręce opadły na ich widok, że sznurówki na stojąco mogłabym zawiązywać, gdyby “furosziki” powyżej je miały.

8. “Bucików” powyżej bym sobie nie zakupiła. Za to wręcz przeciwnie,
nie obraziłabym się, gdyby ktoś sprezentował mi “kwarantan-nową wersję lalki Barbie”

Oczywiście wyszło kilka “modeli”. Są takie lalki, które w “zestawie” mają tylko kieliszek wina i dres, albo takie, gdzie całe pudło wypełnione jest niezdrowym żarciem.
Jednakowoż ta powyżej spełnia moje personalne akurat wymogi.
W pakiecie, jeśli na zdjęciu się nie dopatrzycie szczegółów: piżama na dzień, piżama na noc, szklanka mleka, podkrążone oczy, ekspres do kawy, karton mleka, płatki śniadaniowe, toster z gotowymi tostami, budzik, ciasteczka
i rozczochrane włosy.
#nawetkolorodrostuifarbysięzgadza #konsumentkupiony

9. Załatwiałam ostatnio sprawy urzędowe związane z rejestracją samochodu w czasach pandemii.
Moja rada: póki możecie – wybierajcie rower.
Urzędy pracujące w trybie wewnętrznym (czytaj Panie piją kawę przez pół dnia bardziej na legalu, bo im petent nie zakłóca relaksu) to ciekawe doświadczenie. Niestety w czasach kwarantanny urzędy nie ułatwiają przeciętnemu Kowalskiemu odnalezienia się w biurokratycznym światku (powiązanie ze światkiem mafijnym nieprzypadkowe).
Nie ma, jak to mówią matki, spędzające z dzieckiem zbyt dużo czasu – uryfy talgowej (taryfy ulgowej).
A to Pani przez telefon, w skarbowej administracji pracująca, dwa podatki płacić mi każe i dopiero inna wpada w ostatniej chwili, jak ktoś, kto chce przerwać ślub kościelny i mówi: nie zgadzam się ->  nie ma w Pe-el podwójnego opodatkowania (jeszcze, hue hue) i ratuje moje trzysta złotych.
A to jak potrzebujesz wrzucić do skrzynki kopertę A4, nawet nie
z pieniędzmi, tylko masą dokumentów, to na wejściu do urzędu stawiają skrzynkę z “wlotem” przez który upchnąć można co najwyżej bilet autobusowy.
I stoi ten przeciętny Kowalski, tfu nieprzeciętny Hawran pod skrzynką
i próbuje dokonać niemożliwego.
Takie zakłopotanie czułam ostatnio jak w czasie pracy w Multikinie (daaawno), po ostatnim seansie, późno w nocy, poszliśmy z kolegą współpracownikiem pozbierać pudełka po popcornie, po pewnych Paniach, które tak przed seansem zirytowały pracowników, że w duchu życzyliśmy im, żeby w projektorni chłopakom pomylił się format puszczanego filmu
i , żeby Panie owe oglądały go na przykład do góry nogami.
No więc wchodzimy na tę salę, cisza jak makiem zasiał, napisy końcowe zdążyły się skończyć, jesteśmy za ścianką oddzielającą korytarz wejściowy od schodów i siedzeń (czytaj: nie widzimy siedzeń na sali) i kolega mówi
do mnie, głośno i z ironią: “Czy te larwy już wyszły?”.
Jeszcze nie wybrzmiał w jego głosie do końca głośny znak zapytania gdy ujrzeliśmy Panie robiące tup tup po schodach prowadzących w dół sali…
Grzecznie powiedziały nam dobranoc, na co odpowiedzieliśmy, jednocześnie mając twarz przypominającą kolorem różową gwiazdę MK.

Podobne skrępowanie czułam też niedawno oglądając filmik, roboczo zatytułowany: “nie siałam rzeżuchy”, lub “jak legalnie siać trawę?“, czyli jedną z lekcji tefałpe. Nie wiem jak wy, ale ja się czasem po prostu wstydzę za innych.
#trudnezagadki

Także wiem, co to zakłopotanie. I tak się czułam gdy z kopertą A4 stałam pod drzwiami wydziału komunikacji.

Ale chociaż Pani od indywidualnej mej rejestracji Toyotixa była miła.
I wygenerowała mi ładny numer blach. Ostatecznie więc łapka w górę,
jak mawia młodzież namawiająca do subskrybcji ich kanału.

I tym optymistycznym akcentem na dziś koniec wywodu. Już tylko podpis profilem zaufanym i pe-esy.

Wasz Hawran

P.s. 1
Ponieważ bardziej niż młodzież oburzająca się, że nie można doliczyć
er-podsów do ałtfitu w filmikach “how much is your ojciec zarabia?” obchodzi mnie kwestia dzieci i młodzieży, którym trzeba pomóc, bo na to zasługują, po raz kolejny dołączyłam do ekipy Drużyny od robienia cudów (wspomnianej już na łamach tego bloga). Zbieramy, po raz piąty, na wyjazdy wakacyjne dzieciaków.
Także jeśli ktoś z czytelników bloga chciałby wesprzeć #teamMarcel, czyli zbiórkę na wyjazd na obóz konny wspaniałego chłopaka – przelejcie piątaka (#rymwdym). Jeden redbul, hotdogzorlena czy lódzmaka mniej nikomu nie zaszkodzi. Szczegóły na priw.

P.s. 2
Starajcie się, by w waszej codzienności znalazł się zawsze moment na rozmowę face to face z drugim człowiekiem, na zachwyt nad dmuchawcami na łące (lub na tyłach Castoramy) i na docenienie, że truskawki już się sprzedają przy/po drodze.
Żeby nie było jak u zespołu Patrick the Pan w piosence Pikselove:
Dobieramy się i dzielimy na cztery,
tylko ja i Ty i nasze komputery.
Kolorowe zdjęcia, pięć na pięć,
świat barwniejszy niż naprawdę jest”.
czyli, że świata poza monitorami nie widzicie

P.s. 3
I raz jeszcze przypominajka : złóż życzenia mamie!
Za to, że od dziecka dbała, by głowa i nerki były zakryte. #żebynieprzewiało #icobywilkaniezłapać
Za jedyne w swoim rodzaju pierogi ruskie i serniczka.
Za to, że zawsze można było być jej winnym więcej niż grosika.
I za wiele wiele więcej.

Rigardsy słoneczne jak pola rzepaku!

O niebieskiej strzale, randomowo wystylizowanych Simsach, cienkim szkle i o tym, kto nie jest mandoliniarzem.

"Ktoś tutaj był i był,
 a potem nagle zniknął
 i uporczywie
 go
 nie ma".
Wisława Szymborska,"Kot w pustym mieszkaniu"

No dzień dobry…
Nie było tym razem problemu z cytatem “na wstęp”.
Najmniejszego zawahania nawet.
To o mnie.
I o blogu.
Jak nic.
Mur beton
i naturalnie.
“Absolutnie!”, jak powiedziałaby Pani Surmaczowa do doktora Koziełły
w Klanie (#wiemżewieciektoto).
Ale już jestem.
Tadam!
Wróciłam.
Jak Arnie w Terminatorze, jak Keanu w filmie John Wick….

Dłuższą chwilę mnie nie było, ale uwierzcie, musiałam uporać się
z doświadczeniami, przy których ostry-cień-mgły to tępo-wyraźne-słońce.
Po naszemu: łatwo nie było, ale żadnych żalo-smutnych-dram nie zamierzam Wam tu serwować.
Dla wyjaśnienia, (za słownikiem slangu miejski.pl): drama to przeważnie negatywna sytuacja wywołująca dużo emocji, często skrajnych.
Drama wyróżnia się zwykle posiadaniem historii bazowej, na której narasta problem oraz długofalowością, czym zazwyczaj różni się od wydarzeń spontanicznych, jak inba czy przypał). No to jak tę definicję czytam to nie, to nie tu.
Nie po to opłacam domenę, serwer wirtualny…. i internet oraz prąd, żeby Wam tu zamulać ( zamuła – straszna nuda, lipa/ cyt.za słownik slangu miejski.pl).
Poza tym, nauczyłam się już, przez te kilkadziesiąt wiosen, że pewne rzeczy w życiu należy (od)puszczać, dlatego, że po prostu są c i ę ż k i e.
#podwójneznaczenia

Także jak to drzewiej bywało: radocha, zaciesz, sarkazm i Hawranowa obserwacja jako klimaty dominujące.

Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane…

… jak pisała w tym samym utworze cytowana “na górze strony” noblistka.

Trzeba więc (na nowy-początek) jakoś wyselekcjonować, co z czasu niebytu-mego-tu warte jest opowiedzenia/opisania.
Jako, że nazwa bloga zobowiązuje – nie będzie to miało żadnej chronologii czy odgórnej logiki. Lekko chaotyczny przegląd treści z blogowej próżni:

  1. Muzyka
    Miałam trochę przerwy w nałogowym słuchaniu muzyki.
    Moment nie-sprawdzania co nowego na YT i tym podobnych.
    Ale wracam powoli do starej, dobrej ciekawości świata muzycznego. Niemniej jednak, bez tak zwanego bicia, muszę się przyznać, że o ile kiedyś przez większość dnia pod nosem nuciłabym ambitne mniej lub bardziej piosenki rockowe, popowe, hip-hopowe, Podsiadł(o)we i cytowałabym Wam tu ciągiem takie piękne teksty, jak z jednego z moich ulubionych kawałków ostatnio:

Czasem wątpię, czasem jestem tchórzem
Kłócę się najgłośniej, kiedy wiem, że masz rację
Kochać to za mało, wciąż Cię lubię
Wiem, ile zepsułem, będę starał się bardziej

Artur Rojek, “W nikogo nie wierzę tak, jak w Ciebie”

… to teraz w moim repertuarze “królują”, zarówno odśpiewywane dziecku, jak i sobie pod nosem, gdy nikt nie widzi, takie hity jak:
“Była sobie żabka mała re re kum kum kum, re re kum kum,
która mamy nie słuchała, re re kum kum bęc!”
W pakiecie z żabką: “Ta Dorotka, ta malusia”, “Kotki dwa”
i “Idziemy na niedźwiedzia”.

Ale, co by nie mówić, wciąż lepsze to, niż zapodać bit Meminema:
“nie pytają Cię o imię
walczą z ostrym cieniem mgły(…)

to jest maj nie pachnie Saska Kępa”.
No mam swoje granice.
I choć nie jestem mandoliniarzem, czyli osobą obrażającą gust muzyczny innej osoby to  #pewnychrzeczynieodśpiewam.
Aaa, i chciałabym rzec, że wydaje mi się, że Saska zawsze w maju pachnie bzem. Kropka. Po włosku Punto.
Kropka, która zamyka temat muzyczny na dziś, a jednocześnie, jakże płynnie, otwiera kolejny.

2. Punto, czyli motoryzacja. Motoryzacja, czyli Punto.
Niestety czas próżni blogowej, był czasem pożegnania z niebieską strzałą.
W blogowym oświadczeniu majątkowym z pierwszych wpisów, gdzie Punciak wchodził w skład masy spadkowej, musi się więc pojawić aneks.
Czuję, że jestem temu autu winna oficjalne pożegnanie.
I podziękowanie:
za kilkadziesiąt tysięcy zrobionych ze mną kilometrów.
Za “dźwiganie” moich bambetli przy przeprowadzkach.
Za odwożenie korpokolegów i korpokoleżanek po imprezach do domów.
Za dzielne przebiegi na trasie Wrocław-Katowice i Katowice-Wrocław.
Za wypady do Piły, Legnicy, Krakowa i Włoch.
Za to, że nigdy nie zawiódł w trakcie drogi (#naparkingutoinnakwestia #ważneżezabarierkaminaA4staćniemusiałam):

Za niezliczone przygody z siostrzenicą na pasażerce, latające hot dogi, krówkowe toffi z bi-pi, wyprzedzane białe busy, lejm-znaki i schowek pęczniejący od płyt si di (cd) :

Za patrona tras –  jednorożca, który będzie sprawował pieczę i nad nowym motoryzacyjnym nabytkiem:

Za to, że lewy pas bez wstydu był “nasz”, mimo 78 koni pod maską (#lamywbeemkach #takwogólenicniemamdobeemek #żebyniebyło).

I za to, że nigdzie kawa na wynos nie smakowała tak dobrze jak w Punciakowej trasie:

Grazie Mille, Amico! Mi mancherai!

A skoro już wspomniałam o kawie…

3. Kawa.
Tu niewiele się zmieniło. Nie wydoroślałam, czyli: nie lubię whisky, zamiast opery wolę kino, a zamiast espresso wybieram mleko z kawą.
Zmieniło się tylko jedno.
Teraz częściej piję zimną… (#matkizrozumieją #zimnakapuczina).

źródło zdjęcia : Pinterest/ zapisano z www.lifeofamomma.com

#odkryłamteżżeczasemmikrofalówkaratujesytuację

Poza tym zauważyłam zwiększające się podobieństwo kawowych nawyków, do tych, które celebrowała moja mama. Czyli kawa najlepiej smakuje mi
z cieniutkiej szklanki lub kubka z cienkiej porcelany i, (to już od dawna),
z niczym nie smakuje tak dobrze, jak z zagęszczonym mleczkiem z krówką na opakowaniu. Generalnie od lat przyczyniam się do sukcesu finansowego pewnej firmy z Gostynia. #wciążczekamnazdjęciezkrówkąwitającąnawjeździedotegożmiasta
#inagratisowykartonikmleczka #pojemnośćtakplusminus20litrów

4. Coś na ząb, czyli po dorosłemu jedzenie, po młodzieżowemu szamka.
Tu w zasadzie też niewiele zmian. Nadal dodaję sól do frytek,
cukier do kawy i herbaty, w chwili słabości duże lejsy paprykowe zakupię, nawet jak promocji w Kerfie na nie nie ma i wciąż sprawdzam, czy aby na pewno pieczywo zawiera gluten, w sensie – nie wiem, z czym chcę kanapkę, ale na pewno ma być z glutenem! (#noglutennokraj, #makeglutengreatagain,
czy,
jak pisywał kiedyś kolega z korpoławki: #jeżelinielubiszglutenunienazywajsiebieproszęprawdziwymPolakiem).

Wciąż też nie lubię suszi, arbuza, kisielu. I łiski – jak pisałam wyżej.

5. Literatura.
Mimo tego, że (porównywalnie z kategorią muzyczną) dość dużo czasu zajmuje mi recytowanie zasypianek i czytanie kogo rozbawia Disneyowski Goofy, to nie zapomniałam całkowicie o literaturze +18 (nie mylić
z dziełami Pani od trzystukilkudziesięciu dni).
Wciąż cieszy mnie nowa książka na półce, a dobieram je tak, że prawie każda cieszy mnie też po przeczytaniu. #notimetowaste
Kryminały i biografie nadal w top of de top. Ale nie o nich chciałam w tej części wspomnieć.
Zamierzam natomiast polecić Wam książkę “Świnia ryje w sieci” oraz eBook “Dzienniki hejterskie” autorstwa PigOuta.
To (e)książkowe reprezentacje: mądrego sarkazmu, kunsztownej autoironii
i nowomowy, którą, po młodzieżowemu, propsuję.
Lekkie pióro, nawet przy opisach ciężkich celebryckich inb
(inba= niespodziewane wydarzenie, zwykle o wydźwięku negatywnym, wywołujące duże emocje, inaczej np.: masakra/ cyt. za miejski.pl).
Ponadto są tam nawiązania do mojej codziennej rzeczywistości w wymiarze długofalowym – pracy w korpo, a także do pojedynczych życiowych wydarzeń – jak na przykład próba bycia na kilku (w zależności od stacji TV) Sylwestrach jednocześnie.
Wspominam tu o tej literaturze z jeszcze jednego, istotnego względu: bardzo dawno nie zdarzyło mi się śmiać przy czytaniu czegoś w głos (#boprzyoglądaniurelacjiMakeLifeHardernaInstagramiejaknajbardziejrechoczęażsłychać).
A to wielka sztuka sprawić, by się człowiek w momencie chłonięcia lektury czuł po prostu miło i przytulnie. To tak dobre uczucie, jak gdyby mama wołała na pierogi ruskie, albo na pączki. #choćPigoutpewniezamieniłbytonapotrójnegoburgera
Jednym słowem/zdaniem:
Szanowny PigOucie, cytując jutubowego –  internautę: Jest Pan diamentem Excelsior pośród węgla blogerów/autorów. Dziękuję!

A skoro już wspomniałam tam wyżej o korpo…

6. Praca.
Ten moment/
gdy odliczasz godziny do powrotu do biura/
bo brakuje Ci :
spijania kawy i plotkowania ze współpracownikami w kuchni/
wspólnego wyjścia do lidzia na poniedziałkową promocję/
samej pracy/
motywacji, by przed południem zamienić pidżamę na ofis luk/.
Ba, ten moment, gdy brak Ci nawet tego, że ktoś ciągle podpija Twoje mleko
z lodówki…
I już jesteś w ogródku/
już witasz się z gąską/
już dostarczyłeś badania medycyny pracy
… a tu pandemia…
Jedyne, co pozostaje, to zanucić sobie pod nosem piosenkę Alanis Morisette “Ironic”. #oczywiścietaśmaprofesjonalna #zawsze
#szansaszansaszansa#szansaszansaszansaaa#szansaszansaszansa
#szansanasukces! (zanućcie w głowie, w pokłonie za prowadzenie tegoż programu przez Wojciecha M.)

Skoro zaś wspomniane zostało koronowane ostatnio słowo pandemia, to kilka słów o niej też niechże się pojawi.

7. Kwarantanna w koronie.
Czasem wydaje mi się, że Internet powiedział już na ten temat wszystko.
Ale chwilę później wchodzę na wyżej wspomniane relacje Make Life Harder
i stwierdzam, że kreatywność ludzka nie zna granic, a Internet dostosowuje się do zmieniających warunków szybciej, niż niektórzy podpisują wszystko to, co się im podłoży pod nos/rękę.
Ponieważ treści dotyczących aktualnej sytuacji jest wszędzie pełno, nie zamierzam się tu jakoś specjalnie, póki co, rozpisywać.
Napiszę Wam tylko zdanie, które kiedyś usłyszałam od kobiety-legendy, Pani Zosi.
Rozmowy z Panią Zosią były długo przed pandemią, więc Pani Zosia używała tej sentencji nie w odniesieniu do wirusa. W tamtym czasie bardziej w odniesieniu do “pasożyta”, którym w jej opinii była jej własna synowa.
A sentencja ta brzmi: “nawet najdłuższa żmija kiedyś przemija”.
I tej mądrości się trzymajmy. Pani Zosia wie co mówi. I jako była kierowniczka PeWeXu – na życiu się zna.
#tominie

8. Dom.
Kwarantannowo, ale stabilnie.
I sterylnie.
Ręce myjemy.
Do prawników nie dzwonimy.
Seriale oglądamy.
Filmy mniej, ale też.
Zwiększyliśmy średnią ilość spożycia mrożonej pizzy z Biedry.
Nawet tą “na grubym cieście” nie gardzimy.
O dziwo cheddar z Lidzia (z krówką na “okładce” najlepszy! #cojamamztymlogiemkrówki #innakrówkaniżgostyńska) dłużej zalega
w lodówce.
P. lata kulką w kosmosie, ja daję zarobić Paczkomatom.
Wytrzymujemy dzielnie.
Uczucia obecne.

Spajdi potwierdza:

 

żródło: https://me.me

I cóż za przypadek, że tak do podsumowania tego punktu mi tu znowu genialna Wisława pasuje, tym razem z Portretem kobiecym:

Musi być do wyboru,
Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło.
To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby.
Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare,
Czarne, wesołe, bez powodu pełne łez
Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie.
Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi.
Słaba, ale udźwignie.
Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.
Czyta Jaspersa i pisma kobiece.
Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most.
Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda.
Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,
własne pieniądze na podróż daleką i długą,
tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.
Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.
Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha albo się uparła.
Na dobre, na niedobre i na litość boską. 

Wisława Szymborska, Portret kobiecy

#interpretacjawierszamaturzyściczasstart

#ipamiętajcieniezależnieodtegokiedymaturaitakbędzieLalka #Wokulskizawsze

9. Inne/niesklasyfikowane/informacje/do/przekazania/ tak na jedno-dwa zdania (czasem zdjęcie):

a) Posiadam swój własny ex-libris. Jakość i własność książek podbijam nie byle-jakim emblematem.

#unicorn

b) Brawurowo jeżdżę spacerówką.

c) Przed pandemią odkryłam, że czekolada na gorąco z automatu w Casto (sklep z artykułami budowlanymi, tam, gdzie imienniczka mojej siostry “inspiruje”) jest naprawdę pyszna. #monitoringtylkowieilerazymonetętamwrzuciłam

d) Nasze dziecko miało imprezę z okazji roczku (jeszcze przed kwarantanną) i żaden portal celebrycki o tym nie napisał.
Na Podkarpaciu też o tym nie mówili…(#śledzącydramyzrozumieją).
Może dlatego, że nie proponowałam, jak, moja z kolei imienniczka, barterowego rozliczenia się za udział w imprezie, czyli
oznaczania na insta czy w innych tiktokach.
A wzmianka followersom mojego bloga o kimś/o czymś to byłby nie bylejaki kąsek przecież.
I choć jeszcze czytelników nie liczę w tysiącach czy milionach,  wcale nie jest mi z tym źle.
Poza tym, w pełni popieram odpowiedź Jamesa Blunta na jedno
z hejterskich pytań na Twitterze. Na pytanie: “dlaczego masz tylko 200 tyś followersów?”, odpowiedział : Jesus only needed twelve”.

Tak w ogóle to polecam tego Twitterowicza. Najlepsze come-back-i ever.

e) W pracy wciąż mogę wdzwonić się na telekonferencję z człowiekiem, którego miniaturka zdjęcia na skajpie wygląda jakby był on spinaczem
z Worda. #małeszczęścia



źródło: https://cadenaser.com/ser/2017/03/06/ciencia/1488802140_837550.html

f) Dzieci i młodzież narzekają na książki jako prezent…
Przykłady na własne-małe- piwne oczy widziałam.
#takieczasy #niewdzięczność #książkizakarę #niepodobasięksiążkatodorobotyzarabiaćwłasnyhajsnatechnogadżety

Minłajl/ tymczasem…
W stolycy młodzież porównuje się kto ma bogatszych rodziców, tfu droższy ałtfit…
I 130 tyś osób subskrybuje ich kanał. Niepojęte!
Ja ledwo wytrzymałam do połowy “pokazu” w jednym filmiku…
Średnia wartość ubioru młodego cwaniaka-Warszawiaka to okolice
15-20 tyś złotych…Taka wiedza mi przybyła, nie wiem po co.

Ponadto, z obejrzanych 2 minut  dowiedziałam się, że istnieją takie marki jak mąkler (najbliższe znane mi słowa dotytchczas to “ekler “i “bążur”) i wilołn.
A młodzian, który prawie zapomniał, że do ałtfitu wartego 28 500 peelenów musi dołożyć jeszcze “ring lui vi” (w tłumaczeniu na nasze:
pierścionek Louis Vuitton
) za “skromne” tysiąc sześcset, nie ma nawet świadomości, że jego ring jest wart więcej niż moja szafa. Hawry(look) to przy tej smarkaterii zdecydowany lołbadżet.
Z kupioną na Vinted za 2 dyszki  (słownie dwadzieścia złotych) pierwszą
w życiu koszulką Hil-figa (z metką!#szachmatpaździerze) nie mam się co pchać z motyką na słońce i porównywać do tych dzieciaków.
Jak mawia młodzież – nie ma podjazdu.
Jedyny nasz wspólny mianownik to to, że i oni i ja nosimy w plecaku, uwaga, Tymbarka, a nie jakieś perlasz.
No może jeszcze łączy nas to,że czasem w plecaku zdarzało mi się nosić jedną (nie 6) par butów na zmianę – zazwyczaj trampków, wartą średnio 39,99.  I to nawet nie eurasków, tylko złociszy.

Standardowo, najlepsze, co można znaleźć przy okazji takich filmików,
to komentarze. Moje ulubione to te o wywaleniu bananowego licznika poza skalę i porównaniu tych najdrożej wystylizowanych modeli do “randomowo-ubranych-Simsów”.

#komciezłotojakluivi

g) Wracając na finansową ziemię…
Ciężkie czasy w robocie, gdy jako telefon służbowy proponują w firmie
nokię-z- klapką.
#fartemzałapałamsięnaajfonadwalatatemu #możeczaswyjąćgozpudełka #powrótITdotradycji

h) Zmieniam Fiata na Toyotę (w cenie blezerka młodzieżowego z hał macz is jor ałtfit). Nie mam jeszcze pomysłu na nazwę własną. Niebieska strzała będzie ciężka do przebicia. Jakby ktoś chciał ideą rzucić, to zapraszam na priw.
Pech tylko chciał, że jak paliwo było za bezcen, to akurat bez auta byłam…
Za niedługo pewnie znowu aktualny stanie się następujący cytat, gdy mijać będziemy stacje paliw na A4 czy A(wstaw numerek) :

"Serce jej popękało nocą na autostradzie.
Kiedyś uśmiechała się częściej, dziś uśmiecha się rzadziej"
Koniec Świata, Serce w Paryżu

i) Nasza latorośl szybciej niż mówić mama i tata nauczył się odliczać 3,2,1
z Norbim w Kole Fortuny #każdygdzieśpopełniabłąd #dobrzeżeniemówibankrut

j) Z teorii spiskowych wciąż najbardziej oburza mnie ta, że laktoza i gluten  szkodzą.

k) Seriale wciąż  są lepsze niż filmy. Wiem, bo, jak już wiecie, oglądamy. Aktualnie szczególnie polecam tv series Breeders – serial o ciemnej stronie rodzicielstwa, z doskonałym brytyjskim-dark-poczuciem humoru.

l) Panie w lokalnej piekarni w czasie pandemii – jak i przed nią – z miną, jakby były tu za karę i myślą, że jak pogrożą fochem to nie zauważę na paragonie, że chleb firmowy dwa razy “nabity” #kalkulatorwgłowie #korektaparagonualbozdejmęmaseczkę #ikaszlnę

ł) Moje dziecko macha wszystkim kierowcom przepuszczającym nas na przejściu dla pieszych #cotamżejużniepatrzyczymuodmachują #kulturagłupcze

m) “Halo Korona, żyjecie? “hasłem kwarantanny!
#tajnykodprzedwyjściemnaspacerzbombelkami
Ania, dzięki za wszystkie wspólne kilometry w nogach, za  rebelię ze spacerówkami w tle, kule serowe od niemiłych Pań z piekarni i wspólne wnioski, że McFlurry z bałnty to jednak przegrywa z tym z kitkatem.
Czekam na czasy, aż będziemy się czaić na tych, co chcą nam na ołpenspejsie mleko zajumać.

Co do wyliczanki to na razie chyba tyle.
Oczywiście pod podpisem będą pe-esy.

Sterylne pozdrowienia.
Wirtualny ścisk! Taki miły, nie jak w komunikacji miejskiej z czasów przed pandemią.

Podpisano elektronicznie:

Wasz Hawran

P.s. 1 (najważniejszy!)
Już niedługo Dzień Matki.
Jeśli możecie – wypijcie z nią ciepłą kapuczinę.
Jeśli nie możecie – zadzwońcie.
A jeżeli i ta opcja niestety nie jest osiągalna – pomyślcie o niej ciepło
i pożyczcie wszystkiego dobrego. Gdziekolwiek jest – na pewno usłyszy.

Ja mam nadzieję, że Helena słyszy, bo to, że czuwa gdzieś tam “z góry”
– wiem. Ze szklaneczką z cienkiego szkła w dłoni.

P.s. 2
Uwaga, będzie przekleństwo. #viewerdiscretionisadvised.
Gdy sytuacja życiowa jakaś napiętą się stanie, bądźcie jak Jan Peszek
w wyzwaniu Hot16challenge, które podjęła jego córka: nakurwiajcie zen!

P.s. 3
Pamiętajcie, żeby uważać na autokorektę w słowniku przy pisaniu maila czy smsa, bo zamiast wysłać do szefa wiadomość – zdzwonimy się
w poniedziałek, możecie posłać taką o treści:
“ześwinimy się w poniedziałek”.
(historia autentyczna.nie moja)

Rigardsy!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O złotych łańcuchach pod choinkę, kolorach przewodnich i o tym, kto nie pije szampana.

"Nie wprowadzajcie się z rzeczami 
między wieczorem, a wieczorem,
jeśli te proste słowa o kochaniu
nie przyjdą na myśl w samą porę".
Agnieszka Osiecka, "Ach nie mnie jednej"

W podpisie cytatu powinnam dodać – w interpretacji zespołu
The Dumplings. W tej bowiem, muzycznej formie ten cudny tekst, jakiś czas temu, do mnie powrócił.
Fanką Osieckiej, jak wiecie, jestem nie-od-dziś, ale ta konkretna aranżacja
odkryła mi ją na nowo i zapętliła się w moich odtwarzaczach wszelakich, jak niektórzy politycy zapętlają się w zeznaniach przed komisjami śledczymi.
Tak w ogóle to The Dumplings też ubóstwiam od dawna,  a teraz do całej tej sympatii mogę dodać wielki haj-fajw za sprawienie, że w trakcie słuchania tegoż utworu w ich wykonaniu, poczułam się, jakbym poszła z Panią Agnieszką na kawę i ciastko i wysłuchała co też nie-jej-jednej się przytrafiło. Oczywiście w mej wyobraźni nie było to jakieś hipsterskie pumpkin spice latte w zatłoczonym Starbuniu (od tej scenerii są inne okazje), tylko elegancka kawusia w miejscu, gdzie do ciasteczka dają srebrny widelczyk.
Ach nie mnie jednej” pobrzmiewało w tle, gdy odpalałam na blogu przycisk “nowy wpis”, więc uznałam, że szukanie cytatu na wstęp mam z tak zwanej grzywki, bo mądre słowa już mam. #tyle wygrać #czastakicenny
A tak w ogóle to czy wiecie, że…podobno dziecko, jeszcze przed narodzeniem, chłonie muzykę razem z mamą. Tak samo, jak przejmuje część matczynych nawyków żywieniowych.
Jeśli to prawda, to moja pociecha będzie słuchać z zamiłowaniem polskich wykonawców młodego pokolenia, takich, co to śpiewają, że “fal nie ma, nie ma fal”,  na przemian z brytyjskim rockowym graniem, a przy tym całym słuchaniu zajadać będzie pączka z różą na przemian ze szczypiorkiem, makaronem w każdej postaci i mandarynkami. Keine grenzen (w jedzeniu
i muzyce), jak zaśpiewałby niegdyś pewien zespół. Wszak ograniczać się niezdrowo jest.
A skoro już przeszliśmy tak płynnie i bezszwowo od muzyki do tematyki dziecięcej i stanu błogosławionego… (#wtrącenie medyczne: wg jednego
z lekarzy, których spotkałam ostatnio na swej drodze, ciążę nazywa się stanem błogosławionym, bo w pewnych sytuacjach nie pozostaje nic innego niż tylko się modlić, ot choćby, gdy na grypę nie mogą przepisać antybiotyku #koniec wtrącenia medycznego)… to muszę Wam powiedzieć,
że biznes około-dziecięcy to jest istne szaleństwo. Można by o tym księgę grubą napisać, ale ja to podsumuję jednym zdaniem. Złożonym.
W pojedynczym się nie zmieszczę.
Ekhm, ekhm, a więc wszem i wobec ogłaszam, iż wyrażam niezwykły szacunek dla naszych mam, babć i dalszych pokoleń wstecz, za to, iż dały radę wychować nas na ludzi bez posiadania tego, aktualnie dostępnego, tryliarda samych must-have -gadżet-modnych-rzeczy ze sklepu typu
“Świat Kevina” i tym podobnych smyków.
Bajdełej: obstawiam, że Kevin niedługo będzie już #zbytpolskiznazwy
i zastąpią go w nazwach sklepów itp. nowe imiona, które, jak ostatnio wyczytałam,  wjechały do polskich urzędów stanu cywilnego, takie jak Rayan czy Elizabet #pisowniadokładnietakajaknapisałam.
Żeby nie było – chwalę sobie bardzo pewne udogodnienia, które życie młodym rodzicom umilają i ułatwiają, ale już bitwy na metkę przy wózku
i lansu od kołyski nie rozumiem…
Tak, jak nie ogarniam rozumem pewnego Pana, który stwierdził, że jego 2-miesięczny syn nie będzie “jaki jakiś mięczak” nosił śpioszków, tylko od razu ma jak twardziel być ubierany w dres, a jak będzie chłodniej to na górę bezrękawnik (#apodchoinkępewniezłotyłańcuch).
Lub tak, jak nie pojmuję porad Pani, która przez telefon na stacji kolejowej Nowy Dwór tłumaczy na cały regulator komuś po drugiej stronie słuchawki, że wszystkie części Kac Vegas trzeba obejrzeć w całości, mimo, iż wg niej są beznadziejne, bo… na końcu są śmieszne zdjęcia. Dokładny cytat: “no wiesz, przemęczysz się przy każdym 2 godziny, ale zdjęcia będą kozackie”. Chciałam jej podpowiedzieć, że obecnie technika pozwala na przyspieszenie filmu lub dotarcie do wybranej sceny jednym kliknięciem, ale co ja się będę wtrącać do cudzych rad. Jeszcze oberwę i to ja nie będę pamiętać kilku godzin
z życia, niczym we wspomnianej serii.
Mam nadzieję, że w całym tym bobo-wyborze nie dam się zwariować
i znaleźć umieć będę złoty środek.
Tak jak i w tematyce organizacji wesela. #kolejnymarketingowycyrk.
No bo wiecie, patrząc na obecne trendy, to decydując się na organizowanie przyjęcia bez łeding planerów i konsultantek ślubnych, narażamy się niechybnie na możliwość porażki. No bo co to będzie, jak wybierzemy kolor przewodni nie wpisujący się w aktualne modowe trendy? Albo jak czcionka
w zaproszeniach będzie nie na czasie? #tyleprzegrać?
Niemniej jednak zaryzykujemy (na pohybel weselnym specjalistom, którzy nie wiedzieć skąd wykopują informacje, że mogliby się właśnie przydać
i zaczynają Cię obserwować na Insta #sępy).
Wszak kto nie ryzykuje (i kto w ciąży) ten nie pije szampana!
A tak w ogóle to, oprócz picia szampana i innych napojów wyskokowych, (spędziłam wakacje we Włoszech bez możliwości picia białego wina = wiem co to poświęcenie), mój aktualny stan niesie sporo innych ograniczeń.
Ot choćby czasowych. Zaproszenia na różne eventy na fejuniu poddane są wielokrotnemu filtrowaniu na różnych poziomach. I część trzeba odrzucić. A szkoda, bo aktualnie mamy wysyp ciekawych i pomysłowych form spędzania czasu: kurs tarcia chrzanu, kurs spadania na szczaw, kurs pokazywania gdzie raki zimują, czy też “co ja robiłem(am) w piątek wieczorem?- warsztaty pamięciowe” i impreza pod hasłem: “wjadę na parkiet jak dzik w ziemniaki”.
Zamiast tego mam kurs pakowania torby do szpitala i warsztaty “jak wiązać koniec z końcem, gdy pół wypłaty wydajesz na USG ileś tam -d?”.
Ale da się to w sumie przeżyć, nawet bez żalu. Bo cel przyświeca tym wszystkim ograniczeniom i zmianom nie-byle-jaki.
A że w hałdzie ograniczeń stanu błogosławionego nie ma nic o ciastkach
i cytrusach, to twierdzić śmiem, że może być całkiem znośnie…

p.s.1
W ubiegłym roku, wciąż na fali niesłabnącej popularności bajki Frozen,
w Polsce zarejestrowano 4 dziewczynki o imieniu Elza. Niestety nie sprawdziłam, czy przybyło również Olafów względem przeszłości.

p.s. 2
Apel: jedzcie cytrusy i wychodźcie na spacery. Dopóki pogoda dopisuje i,
jak mawia 3-letni syn mojego znajomego, “nie ma pada deszczu” (#prognoza pogody dla kumatych).

p.s. 3
W temacie cytatu otwierającego – stosujcie się.

p.s. 4
Blogerzy prześcigali się w tym roku w opisach oryginalnych kostiumów na Halloween party. Moi faworyci to przebrania za: niewyraźny test ciążowy, stan konta pod koniec miesiąca, pilne wezwanie do wenerologa (wszystkie
3 propozycje od Volantification) i przeistoczenie się w pustą półkę
w luksusowym sklepie, jeśli bawisz się w grupie modnych warszawiaków (pomysł od Make life harder).
Ja natomiast myślę, że nic nie przeraziłoby młodego pokolenia bardziej
niż przebranie się za “brak Internetu”.
Wjazd na imprezę w takim wdzianku i, jak mawia młodzież, byłoby #pogaszone.

Xd

H.

O smutnym dorszu, żadorach, infolinii pewnego dyskontu i materializacji wewnętrznego Hawrana.

"Tak długa Twoja nieobecność
Na jednej strunie grany temat
Usypia wymyślona wieczność
I zapominam, że Cię nie ma"

Jonasz Kofta, Nieobecność I

Za pomocą tego pięknego cytatu otwierającego staram się upiec tak zwane dwie pieczenie na jednym ogniu: zachęcić Was, czytelników, do zapoznania się bliżej z twórczością Jonasza Kofty (sztos, jak mawia młodzież),
jak i zwrócić uwagę na to, iż “chwilę mnie nie było”. Z nadzieją,
że wybaczycie Hawranowi tę pięciomiesięczną pauzę. Powody były,
nie -błahe wcale, ale o tym za chwilę.

Najpierw telegraficzny skrót wydarzeń ze świata bliższego i dalszego,
z czasu mojej blogowej absencji, w kolejności zupełnie przypadkowej.
No to cyk, jak mawia budzik do zegarka! (#zapożyczoneoddobregokumplazkorpoławki)

1. Mundial 2018, czyli: wygrana Francji, która (o dziwo) się nie poddała, szkoła turlania się po boisku według “Nejmara”, bukmacherzy
w galopującej depresji po zakończeniu fazy grupowej (#śpieszmysiękochaćfaworytówtakszybkojadądodomu) i Ronaldo jako trendsetter, nadający nowy , krótszy “wymiar” (dosłownie!) spodenkom piłkarskim. Wszak zmiana barw z hiszpańskich na włoskie Juve niesie za sobą pewne wymagania (#Włosiumiejąwmodę).
Plus polskie krem de la krem i truskawka na torcie,  czyli nasza reprezentacja, serwująca kibicom spektakl-tragedię , w trzech aktach, w którym to widz żywo reagował, przechodząc od okrzyków “do boju, Polsko!”, przez nieco bardziej sfrustrowane “jak grasz patałachu/melepeto/baranie/ inne-bardziej wulgarne?”, aż do tych bardziej stonowanych, już-nawet-nie-okrzyków, a bardziej westchnień w klimacie “nic się nie stało”.
Przed ostatnią wymienioną turą reakci jeszcze chwilowe momenty euforii
z cyklu #dopókipiłkawgrze i #nadziejaumieraostatnia, później nerwowe kalkulacje szans dla naszych w meczu o wszystko i smutek, gdy okazało się, że nadzieje są większe statystycznie na wygraną w lotka niż na nasze wyjście z grupy. Tylko w mediamarktach czy innych Jowiszach radość, bo nie trzeba zwracać kibicom połowy hajsu za telewizory…
Dla nie-kibiców Mundial, jak każde inne piłkarskie wydarzenie,  był tylko czasem  przedłużonych, w miesięcznym tajmfrejmie, męczarni
i przegranych bitew w walce o pilota lub kartę w przeglądarce, połączonym z odwiecznym przeświadczeniem, iż spalony to może być kotlet, jak nie ogarniasz istoty działania indukcji lub z  ewentualnym odpytywaniem osób
w wydarzenie wciągnięte “kto w ogóle gra?” lub “którzy to nasi?”.
Temat Mundialu zamknijmy nieśmiertelnym już hasłem: “już za 4 lata, już za 4 lata…”.

2. Wakacje 2018, czyli dla jednych opcja all inclusive, dla innych all excluded.
Niektórzy w klimatach szanel, żador, towary z wyższej półki
z supermarketu (te w cenie regularnej) i generalny  bą tą, a  dla tego i owego wręcz przeciwnie – kanapka zawsze masłem do dołu spadająca na podłogę
i oklaski dla załogi rajanera, jeśli lot w ogóle się odbył.
Pozostali gdzieś po środku. Albo w ogóle bez wakacji, bo targety w korpo gonią.
Dla tych, co w Polsce: lipiec standardowo zalany deszczem, sierpień serwujący rekordowe upały, sinica w Bałtyku, korki na autostradach
(i podobno na obwodnicy Trójmiasta też).
Z raportów znajomych dodatkowo wynika, iż gastronomia nad polskim morzem “leży”, jak porzucony po sezonie parawan.
Ciężko ponoć bowiem o rybę, która świeżą jest a nie pochodzącą z działu “mrożonki”,  równie niełatwo też o gofra, którego cena nie przyprawiłaby
o łzy napływające do oczu i miliony monet w tym samym momencie odpływające z portfela.
Trudno również podobno o sympatyczną obsługę i możliwość modyfikacji rodzaju makaronu w sosie. Hasło “klient nasz Pan” nad polskim morzem funkcjonuje w wersji : “nie podoba się??? jest wiele innych miejsc…”(wersja ocenzurowana).
Generalnie tłok, bylejakość, ale wychodzi na to, iż również przygoda – wszak znalezienie zacnego miejsca do spożycia posiłku, w przyjemnej atmosferze i nie wzięcie kredytu w banku, żeby móc pozwolić sobie oprócz obiadu na deser, musi być triumfem na skalę przebiegnięcia maratonu.
Nie dziwi też,  że wakacyjne gastro-fotki pobudzające ślinianki na Insta pochodzą raczej zza granicy i tamtejszych przybytków gastronomicznych. Smutnemu, odmrożonemu dorszowi z kolesławem nawet filtry retrolux czy inne glamour glow nie za bardzo bowiem były w stanie pomóc.

3. Inne 2018.
Czyli…co jeszcze rozpalało umysły + klawiatury ludzi oraz zalewało ich tablice i fora pod moją blogową nieobecność…
Zupełnie nie wiem dlaczego, ale pierwsze, co przychodzi mi do głowy to nowa akcja jednego z wiodących dyskontów, promująca tym razem ociekające z nazwy cukrem maskotki (#wcześniejnazwaociekałaświeżością #pozdrodlakumatych).
Jeśli w pokoju Waszego dziecka znajduje się za dużo pluszowych warzyw, to teraz do kalafiora Krzysia możecie, dla niezdrowej dietetycznie równowagi, zdobyć liska Lucjana, pieszczotliwie zwanego Luckiem. Podkreślam “zdobyć”, bo kupno za czterdzieści dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć się nie liczy. Tylko zamiana za naklejki, pieczołowicie zbierane to prawdziwy sztos, respekt i propsy.
Pracownicy infolinii dyskontu już  uczęszczają na wizyty u psychologów lub przebywają na permanentnym el cztery, gdyż przewidywana ilość zapytań
i roszczeń telefonicznych w tym temacie położyła się na nich bladym strachem już w momencie wywieszenia memo o wjeździe gangu na półki sklepowe.
Być może  w przypadku tej akcji uda się uniknąć przykrych skutków ubocznych, takich jak włamania do aut, bo komuś się pomylił brokuł Bartek z prawdziwym brokułem leżącym grzecznie w siatce zakupowej, przeznaczonym na zwykłą domową polską zupę.
Kradzieży naklejek, ani fałszywych aukcji w sieci, jak podają źródła internetowe, nie udało się niestety ustrzec…

Przechodząc od źródeł internetowych do tych bardziej
wintydż-klasycznych, chciałabym pochylić się, w ramach kategorii Inne nad telewizją.
Wszak “na topie- aktualnym” tematem jest w ostatnim czasie jesienna ramówka tefałenów i innych stacji. Będzie to jednak pochylenie się krótkie
i z politowaniem, gdyż w zasadzie nie ma za bardzo o czym pisać.
Temat najchętniej podsumowałabym złotą radą: wykorzystajcie swoje telewizyjne cale do podłączenia do nich za pomocą kabla HaDeeMI sprzętu obcego, jak laptop choćby i oglądajcie filmy lub seriale zapuszczone nań
z sieci, tylko na większym ekranie. Albo grajcie w gry z użyciem te-fał (bez “en”).
Regularną telewizję i to, co tam się odstawia oglądacie aktualnie
na własne ryzyko.
Tam bowiem albo odgrzewane dewolaje, czyli próba złapania widza na  haczyk pt.”sentyment i żal” (z naciskiem na żal), albo nowe, pożalsięboshe formaty.
Jednym z nich (nowych) –  program o emerytowanych postaciach życia publicznego,  którzy zamiast jechać w kameralnym rodzinnym gronie przewietrzyć skarpetę z sandałem w opcji ileś-tam-inclusive, albo bedendbrekfast,  wybierają się w podróż po świecie z kamerami i młodym jutuberem (#gdybytomiałojakośpomóc), by zrobić coś for the first time in da lajf.  Zamiast szufladki sentyment, w tym przypadku  TV otwiera u widza zakładkę “litość(i)”.
Dla spragnionych podróży w przyszłość jest też program o tym, jak dana para “gwiazd” będzie wyglądać za 50 lat. Przy stałości uczuć polskich celebrytów to pewnie dla nich pierwsza i ostatnia szansa, by zobaczyć jak ta druga osoba jawić się będzie za ileś tam dekad, ścianek i bankietów. Charakteryzacja w programie tak nie-przekonująco-szpecąca, że nie zdziwiłby mnie rozpad związków niedługo po emisji programu (#pewnychrzeczynieodzobaczysz).
Dodatkowo- standardowo: pierdyliard programów tanecznych, konkursów wokalnych i tych na modelkę, lub żonę rolnika,  często z tym samym, mdłym jak chleb bez glutenu, jury i masą roztkliwiających historii uczestników w tle.
Wszystko to okraszone teleturniejami, gdzie główną nagrodą jest kuferek parówek lub kilogram ciastek (tych, co w makro nie zeszły, a termin przydatności do spożycia krótki) i mistrzowsko zagranymi, (he he,
hy hy,hy) przez amatorów-bo nie aktorów , paradokumentami ze szkół, szpitali, chodnika, piwnicy lub trzepaka.
Jak pomieszamy te “hity” cuzamen do kupy to wychodzi nam ti-wi-bigos, dużo bardziej niestrawny niż ten wyrzucony przez Eluśkę w Weselu pana Smarzowskiego.
A ponieważ, jak przeczytałam gdzieś w Internecie, warto rozwijać w życiu coś więcej niż dywan – rozwijajcie się, a to oznacza: dawkujcie sobie TV
do niezbędnego minimum (prognoza pogody, jak nie macie apki
w telefonie, czy coś w tym stylu). #kuprzestrodze

W sekcji “kino” nie działo się przez te kilka miesięcy nic przełomowego. Oczywiście wedle mojej skromnej opinii. Choć przyznaję,  nie widziałam norweskiej produkcji pt. Traktorek Florek ratuje farmę, więc może mylny to osąd…
W kategorii “książki” – letni wysyp pseudocelebryckiego bełkotu, który nie różni się poziomem intelektualnym od tego co Pani lub Pan z Internetu wrzucają na fejsika czy insta, więc taniej Wam będzie założyć fejk konto
i ich obserwować, dla tak zwanej beki, a kaskę zaoszczędzoną w M-piku wydać na hipsterską kawę w Starbuniu (szczególnie, że powrócił już sezon na pumpkin spice latte), lub coś, co zasługuje rzeczywiście na miano książki.
W sekcji “newsy inne” – rojal łeding za nami!  Skomentuję jednym zdaniem – pannie młodej nie zaszkodziłoby użycie żelazka przed wjazdem na katedrę, bo tak wygniecione kiecki,  jak jej ślubna,  to nawet
z Ali-super-ekspres nie przychodzą do klienta.
W sekcji “kultura wyższa”, a konkretnie ta wybitnie-ambitna sztuka, którą rozumieją tylko wytrawni odbiorcy, jestem raczej typem pół-słodkim, więc odpuszczę sobie komentowanie wydarzeń z tej sfery mających miejsce
w czasie niedawnym. To bowiem nie przez nałogowe oglądanie współczesnych form teatralnych i słuchanie niekomercyjnego jazzu mnie tu ostatnio nie było. Co to, to nie.
Strefa ciszy, jak w Pendolino (wiecie, ta, w której permanentnie znajduje się Stefan), wynikała z czego innego.

I tu dochodzimy nieuchronnie do momentu w którym robię swój prajwet kaming-ałt.
I wyjaśniam, co się kryję (oprócz zwykłego ludzkiego lenistwa) za tym, że na nonsensie od kwietnia- dotąd cisza, jak w wagonie numer siedem włoskiego składu.
Otóż drodzy czytelnicy: życie przyspieszyło. Jak pasażer idący do tej pory powoli na pociąg relacji Świnoujście- Przemyśl, gdy słyszy gwizdek konduktora. Co najmniej tak. (#cojamamztymipociągami?).
Przez owo przyspieszenie rozumiem ilość nowych  zdarzeń/wydarzeń/rzeczy tu bi dan, które zleciały jak grom z jasnego nieba na Hawranowe życie.
Znaczy się niespodziewanie zleciały. Co najmniej jak nagła promka (promocja, przyp.red.)  dla hipsterów na hummus i glutenfri pieczywo.

Przede wszystkim dziś po raz pierwszy piszę do Was mając świadomość,
iż jestem w dwupaku. Tak chciał los, karma, fortuna (jak pisał niegdyś wspomniany już wcześniej korpoziom z korpoławki).
Wewnętrzny Hawran się (z)materializuje, w postaci nowego człowieka, który (już teraz żywię taką nadzieję), będzie równie wspaniały (i skromny) jak jego rodzice.
Nadzieję mam też już teraz na to, iż nie będę za bardzo podjadać
w przyszłości swemu dziecku Vibovitu na sucho (#nałogidzieciństwa #białyproszek #jużterazwiemżebędziekusiło).

Ufam więc, że zrozumiecie czas, kiedy zamiast pisać, wolałam spać,
bo poziom hormonów zmienił priorytety. Turboistotność poduszki, łóżko najlepszym czwornożnym przyjacielem człowieka i tym podobne.
W nagrodę za cierpliwość oddanym fanom obiecuję, iż nową sferę w życiu postaram się jakoś na wesoło (w)transferować do bloga.
Jeszcze nie toczę się jak opona “Miszlę”, więc jest nadzieja, że dotrę do laptopa raz na jakiś czas i jakąś opowieść do kawy Wam zapodam, co byście nie musieli cały czas oglądać tylko śmiesznych filmów z kotami na YT (#osobiściewolępsy).
Dodatkowo, oprócz pozitiw testu ciążowego, w ostatnim czasie,
do wszystkich rzeczy, które kiedyś wymieniłam jako swój “dobytek” (Punciak, blender i odkurzacz mają się dobrze, gdyby ktoś pytał), doszedł pierścionek zwany zaręczynowym, który  zakłada kolejne zmiany nadchodzące w życiowym CV.
Trzeba więc będzie poświęcić kilka odcinków dobrego serialu i znaleźć czas na wszystkie łeding-blogi, żeby jakoś ten speszal dej ogarnąć. Przy tym wybieraniu i organizowaniu wskazane byłoby zajadanie czegoś z kategorii: ziemniaki/ zupka chińska/ promocja dekady/ słodycze marki “dany dyskont”, gdyż ceny wszystkiego, co w nazwie zawiera “ślubne” szybują
na takie wysokości, że klękajcie narody…chleb i woda na codzień, żeby na to nazbierać. …
Miks tryliarda rzeczy, które trzeba ogarnąć organizacyjnie, formalnie, prawnie, z milionem badań (lekarskich i weselno-rynkowych z cyklu
“w czym/czym/dlaczego tak drogo?”) sprawia, iż nie wiem czy nagle powrócę na falę blogowania niczym regularnie trenujący surfer, ale starać się będę, by pauzy krótszymi były, niż ta ostatnia. Słowo Hawrana. Podwójne słowo Hawrana.

Tymczasem idę uciąć sobie krótką drzemkę! Jeśli również macie taką szansę – polecam.

Kilka p.s.-ów (porad sekretnych) tytułem zakończenia:

p.s.1  Jedzcie cytrusy! (zawsze aktualne).
p.s. 2 Nie panierujcie nigdy kotletów kaszą manną (na hormonalnym rauszu kiedyś pomyliłam kaszę z bułką tartą i efekty były takie, że nawet twórców Kuchennych Rewolucji mogłoby dosięgnąć zdziwienie).
ps.3  Nie stresujcie się za bardzo, bo można przez stres na przykład odcedzić rosół do zlewu i zostawić tylko warzywa,  zamiast tylko wyjąć z niego warzywa (historia autentyczna/nie moja).
p.s. 4 Jak już jesteśmy przy zlewie –  nie wyrzucajcie kurczaków w całości do odpływu, bo później sąsiedzi z parteru, u których kanalizacja nie wyrabia najbardziej, nie dojadą do rodziny na Wigilię (historia zasłyszana,
też autentyczna/ również nie moja).

Dobroci życzę,

H.

 

 

 

 

 

O uciekającym freonie, telefonicznym słowniku, modowych projektach i wiośnie

"Mam ręce w kieszeniach, a kieszenie jak ocean
Powoli chodzę i rozglądam się (...)
Spacerologia,
To moja jest ideologia"
Mariusz Lubomski, Spacerologia

Kwiecień- plecień, bo przeplata…
Na szczęście w bieżącym roku raczej przeplata wiosnę z latem, niźli ze srogą zimą. Stąd też cytat otwierający traktuje o spacerologii, którą można wprowadzać w czyn, gdyż aura sprzyja.
Standardowy przykaz z moich poprzednich wpisów, pod tytułem “jedzcie cytrusy” mogę więc śmiało zamienić na imperatyw: “idźcie na spacer!”.
Nie tylko zadziała to dobrze na rzecz Waszego zdrowia, ale też, gwarantuję, zawsze wniesie nową porcję obserwacji do Waszego życia.

Ja osobiście, choć kilka spacerów tej wiosny już mam na koncie, obiecałam sobie, że ich częstotliwość jeszcze zwiększyć się powinna.
Organizm hawranowy zyska na wydajności i, co najważniejsze, w trakcie spacerów odpadnie mi problem “stresu komunikacyjnego wielkiego miasta (SKWM)”.
Symptomami SKWM generalnie są : zintensyfikowana częstość używania klaksonów, pojawiające się cyklicznie oziębłe gesty pomiędzy kierowcami
(permanentnie zawierające środkowy palec znajdujący się w innej pozycji niż pozostałe, bardziej wyprostowanej,  lub palec wskazujący rytmicznie dotykający czoła), zajeżdżanie drogi, wpychanie się na trzeciego, wpychanie się na drugiego, skutery,  rowery, czy też inne jednoślady pojawiające się znikąd i tym podobne.
Przyczyny SKWM to oczywiście: za wąskie ulice,  zbyt wiele aut
(średnio 3 na rodzinę i każdy jeździ egoistycznie sam), nieumiejętność sprawnego ruszania na zielonym i zaskakująca wręcz dynamika przejeżdżania na czerwonym.
W temacie komunikacyjnym tak w ogóle: sytuacja sprzed kilku dni. Jadę na spotkanie z przyjaciółką. Karkołomnie (a wręcz AUTOdestrukcyjnie), bo po godzinie siedemnastej, w środku tygodnia, wiedząc, iż mam przed sobą do pokonania jedną z najbardziej zakorkowanych ulic we Wrocławiu.
Nadchodzi więc w pewnym momencie ten stan (dosłownie),
że nie jadę a stoję.
Wiedząc, że nie poruszę się ani o centymetr w ciągu najbliższych kilku minut, łapię za telefon i próbuję napisać dwa słowa do przyjaciółki
w temacie aktualnej lokalizacji: “Zwycięska. Korek”. Co tymczasem podpowiada mi słownik w moim telefonie? Otóż po słowie Zwycięska i po wpisaniu literki K podpowiada mi całkiem inne słowo niż korek. Również na 5 liter i też trzecią z nich jest R. I nawet pod kątem logiki wszystko się zgadza. Ach ta technologia…
Poza tym biorąc pod uwagę, że aktualnie klimatyzacja w Punciaku nie działa, bo freon zuchwale ucieka i nie wiem jeszcze którędy ma czelność, plus fakt, iż nie zmieniłam jeszcze opon na letnie (#shameonme) -wychodzi na to, że jak nic, najlepiej póki co poruszać się piechotą.

Jeśli zdecydujecie się “iść” w moje ślady i pospacerować sobie nieco,  to po pierwsze zaobserwujecie jakie nowe trendy prezentowane są w ramach tak zwanej mody ulicznej.
Tematami wiodącymi zaś, o których będziecie mogli po(d)słuchać, w dużej mierze będą: “a wysłałeś już PITa?”, “słuchaj, no powiem Ci nie mogę w tym roku odliczyć sobie już ulgi na Internet…”, “cholerna alergia na pyłki!”,
“czy są wolne miejsca na solarium?”,no popatrz jaka porozbierana, jakby już co najmniej było lato…”  i wiele podobnych smaczków.

Podsumowując: WIOSNA w pełni. Na każdym kroku.
Oprócz pomarudzenia na skarbówkę i alergeny, ogólnie positive thinking, większe nadzieje, mrożone kawy w starbuniu  i słońce.
I nawet wyprzedane bilety na koncert Bena Howarda “bolą” mniej, niż gdyby ich brak objawił się zimą. I PKP aż tak bardzo nie denerwuje, gdy przysyła maila, że za kilka dni, do Warszawy zamiast Pendolino, podstawi mi się na dworzec zwykły IC.

Mam nadzieję, że u Was, wraz z wiosną, też samo dobro w każdej dziedzinie życia króluje. I luz. Conajmniej taki jak u Pana, który wchodząc do piekarni, ze swoją lubą, zaproponował jej małe co nieco, mówiąc ” yo bejbe, chcesz dwie bułki bejbe?” 🙂

Aaaa i jeszcze jedno. Jeśli to Wy chcecie królować tej wiosny (a nie, że tylko wiosna u Was), na ulicach mniejszych i większych miejscowości,
a konkretnie jeśli chcecie  przyćmić wszystkich innych w kategorii moda, to odsyłam do projektów niezwykle zdolnej dziewczyny, która prawdziwie konstruuje i szyje “na miarę” marzeń.
A przy tym wszystkim jest wspaniałym człowiekiem, z genialną energią
i niezwykłą klasą. Warto poznać, warto współpracować.
Poniżej link do strony, pod którym podpisuję się rekoma, nogami
i klawiaturą:

https://www.facebook.com/annabartula.fashion/

Samych dobroci Wam życzę. W wiosennej oprawie. I miłosnego BUM, jeśli jeszcze Was nie trafiło.

H.

P.s. 1   Nie rezygnujcie całkowicie z cytrusów.
P.s. 2  Nie piszcie smsów w trakcie jazdy samochodem.

No, to yo! 🙂